Dzisiejszy dzień (a właściwie noc) rozpoczął się wyjątkowo wcześnie, bo już godzinę przed północą. Po nieszporach i wizycie w kafejce internetowej, w trakcie wieczornych rozmów tuż przed snem, usłyszałyśmy znajomy dźwięk dochodzący z dworu. Okazał się to być deszcz, który niespodziewanie zaczął padać. Od wielu lat (kilkudziesięciu conajmniej) w Zambii nie zdażyła się sytuacja, aby pojawił się on w sierpniu. Zazwyczaj opady pojawiają się w połowie września, więc było to zaskoczenie nie tylko dla nas. Gdy rozpoznałyśmy dźwięk deszczu, od razu ruszyłyśmy w kierunku drzwi, żeby poczuć go na własnej skórze. Po wyjściu zaskoczyły nas trochę dźwięki burzy, które były słyszalne w tle. Jednak nie zniechęciło nas to do dalszego podziwiania afrykańskiego deszczu.
Po tych mokrych widoczkach i już po północy (czyli jesteśmy we właściwym dniu), razem z Anią i Zosią stwierdziłyśmy, że jest to idealny czas na pompowanie balonów. Mieliśmy w planach przynieść je dzieciom podczas naszego kolejnego wspólnego spotkania. Nie były to takie zwykłe małe balony, które da się szybko i prosto napompować, lecz długie do których potrzebna była pompka. Przez to podczas pompowania kilka z nich pękło, a jeszcze więcej odczepiało się od pompki (mieliśmy 3 więc idealnie dla naszego tria) i fruwało po całym pokoju. Czas szybko nam zleciał i gdy wybiła 2:00 stwierdziłyśmy że kończymy. Na tamten moment udało nam się napompować nie całe 2 pudełka (czyli nie całe 200 balonów).



Po tej dla niektórych krótkiej nocy, udaliśmy się (nie wszystkim udało się przez nią wstać) na Mszę Świętą na 7:00 do domu dziecka w Kasisi. Po niej zjedliśmy klasyczne śniadanie, czyli jajecznicę. W trakcie jej przygotowywania dopompowywaliśmy coraz to więcej balonów. Następnie po 9:00 ruszyliśmy do dzieci. Tym razem wszyscy poszliśmy do 5-letnich chłopców. Spędzaliśmy z nimi czas kopiąc i rzucając piłki. Nie zabrakło nowej gry księdza Dawida oraz zabaw w piasku czy z użyciem patyków i kamieni, znalezionych na dworze. Około 11:00 nadszedł czas przerwy na lunch dla chłopaków. Udaliśmy się wtedy do miejsca, w którym można zakupić pamiątki (m.in. broszki, miseczki, torby) oraz obrazy namalowane przez dzieci z domu dziecka. Kupiliśmy kilka rzeczy i udaliśmy się do naszego domu.



Gdy wróciliśmy, Julka z Anią zaczęły przygotowywać obiad, a reszta pompowała pozostałe balony. Dziewczyny zrobiły makaron z kurczakiem, pomidorami i pesto, bo to zostało nam w lodówce, a że niedługo powrót to pora wyjadać resztki.

Następnie spakowaliśmy wszystkie napompowane wcześniej balony (wyszło około 400) i poszliśmy z nimi do dzieci. Na początku podzieliliśmy się tak, że ksiądz, Ania i Julka poszli do 5-letnich chłopców, a ja z Natalką i Zosią udałyśmy się do valendosków. Gdy rozdawałyśmy i pękł pierwszy z nich, dzieci lekko się przestraszyły i nie były chętne na kolejne, ale szybko im przeszło i wróciliśmy do wspólnej zabawy po której dotrwało mało balonów. Odwiedziliśmy również strasze grupy chłopców, którzy ucieszyli się z balonów. Kiedy valendoski poszły się kąpać dołączyłyśmy do reszty, czyli do 5-latków. Od początku było słychać muzykę puszczaną przez Julkę, na którą chłopcy z niecierpliwością czekali. Pokazywaliśmy im jak zrobić korony z balonów oraz różne zwierzątka. Różniły się one tak na prawdę tylko długością szyi ale wyobraźnia dzieci sobie z tym poradziła i co jakiś czas przychodzili pochwalić się jaki kształt mają teraz. Gdy i ta grupa poszła się kąpać, poszliśmy do ostatniej, czyli do Martin’s House. Tam również pokazywaliśmy jak skręcać balony, ale nie zabrakło też standardowych jak na to miejsce zabaw. Natalka i ksiądz Dawid grali w piłkę, a Bercia prowadziła zumbę, w której oprócz uczestnictwa dziewczyn z domu dziecka znalazłam się też ja, Ania i Zosia.

Były to nasze ostatnie wspólne chwile razem z dziećmi spędzone na zabawie, tańcu i rozmowach. Po nich ostatnia wieczorna modlitwa i pożegnanie tych grup z którymi nie zobaczymy się na Mszy Świętej rano. Następnie pożegnaliśmy się z siostrą Janiną, Martą oraz pozostałymi siostrami i pracownikami, którzy tak ciepło nas przyjęli w tym miejscu. Dziękujemy! Przekazaliśmy też wszystkie przybory, które używaliśmy do zabaw z dziećmi oraz resztę rzeczy, których nie zdążyliśmy wykorzystać.

Jeszcze przed kolacją udaliśmy się na nasz ostatni zambijski zachód słońca, który okazał się nie być tak efektowny jak wcześniejsze, ale nadal piękny. Poszliśmy naszą standardową drogą i oczywiście nie zabrakło sesji zdjęciowej. Dzisiejsze figury do fotek były lekko dziwne, ale nie oceniam. W drodze powrotnej udało nam się upolować ciekawe zdobycze. Ja znalazłam jakiś okrągły owoc (do teraz nie wiem co to jest), a Natalka wydrukowany egzamin podsumowujący wiedzę z zambijskiej secondary school.



Po spacerku odbyła się ostatnia wspólna kolacja. Na tej uczcie jedliśmy to co zostało nam z poprzednich obiadów oraz czekoladowy pudding na deser, który podczas otwierania obsypał resztę jedzenia. Następnie były nieszpory i kafejka internetowa. Potem czas na pakowanie i sprzątnie naszych pokoi. Tak wyglądał nasz ostatni dzień w Kasisi…


Gabi

Dodaj komentarz