Autor: admin

  • Podziękowania

    Podziękowania

    Szanowni Czytelnicy!

    Bardzo Wam dziękujemy za spędzenie z nami miesiąca! Za śledzenie naszych przygód, za każe ciepłe słowo, za każdą modlitwę, za każde wsparcie, również to finansowe.

    Dziękujemy naszym Rodzicom! To dzięki Wam pojechaliśmy na inny kontynent. Dziękujemy za to, że mamy takie możliwości i dzięki Wam możemy spełniać marzenia i dać siebie innym. Dziękujemy za to, że to właśnie Wy nas tego nauczyliście.

    Dziękujemy Caritas Poznań za przekazanie środków, dzięki którym mogliśmy pomóc w Zambii. Ta pomoc naprawdę jest nieoceniona. Bóg zapłać!

    Dziękujemy Uniwersytetowi im. Adama Mickwiewicza w Poznaniu. W szczególności prof. dr hab. Joannie Wójcik, prorektorce ds. studenckich i kształcenia za okazane wsparcie, również finansowe oraz prof. UAM dr hab. ks. Mieczysławowi Polakowi, dziekanowi Wydziału Teologicznego UAM. Państwa wsparcie było nieocenione. Dziękujemy.

    Dziękujemy bardzo, bardzo Siostrom Służebniczkom. Siostrze Marioli, Siostrze Janinie, Siostrze Marcie. Dziękujemy za to, że poświeciłyście nam czas, okazałyście dużo wyrozumiałości. Nauczyłyście nas czym jest poświęcenie dla drugiej osoby, jak można całe swoje życie oddać dzieciom i dla nich żyć. Dziękujemy za każde ciepłe słowo, za każdą wspólną modlitwę oraz za każdą modlitwę, którą zostaliśmy obdarzeni. Dziękujemy za chleby, za jajka, za banany. Za okazane ciepło i stwarzanie wspaniałej, rodzinnej atmosfery.

    W końcu bardzo, bardzo dziękujemy Ojcu Tadeuszowi SJ. To właśnie Ojciec był naszym Ojcem na miejscu. To Ojciec uczył nas jak dbać o roślinki i grządki. Jak robić kompost z nie-kapustą a comfrey. Dziękujemy za wyrozumiałość – zwłaszcza jeśli chodzi o nasz czas, że godzina 8 nie zawsze była 8 a czasami 8:15, a nawert momentami 8:40. Za to, że mogliśmy przyjść z każdą rzeczą i wszystkie nasze problemy zostały raz dwa rozwiazane. Za pomoc w wytępieniu karaluchów, za pomoc z pralką. Za wszystko. Dziękujemy! Mamy nadzieję, że nie byliśmy trudną grupą, a nasza pomoc naprawdę była pomocą. Dziękujemy za przekazane ciepłe słowa, za dzielenie się doświadczeniem i za każdą wieczorną rozmowę.

    Dziękujemy Ojcu Grzegorzowi SJ za wsparcie przed wyjazdem, za pomoc w ogranizacji, za opowieści, za przekonanie do słuszności decyzji. Bez Ojca pewnie byśmy nie dojechali do Kasisi.

    Pozdrawiamy serdecznie! Dziękujemy! Bóg zapłać!

    Ekipa Zambia 2026


    Dziękuję Ekipie Zambia 2026!

    Dziekuję Księdzu Janowi za to, że poświęcił swój czas, swój urlop na to, by spędzić z nami czas. Za każdą historię, za każdy przekazany kontakt. za każdy żart i za każdą poważną rozmowę. Za pomoc w pracy na farmie i za to, że po prostu Ksiądz z nami był. Za ciepliwość przed wyjazdem i do mnie i do nas, za te telefony wykonane i odebrane ode mnie, nawet późno w nocy. Dziękuję!

    Dziękuję niezastąpionemu Księdzu Dawidowi! Dziękuję za opiekę nam nami, za opiekę duchową i fizyczną. Za pomoc, za rowiązywanie problemów, za czas 1:1, za wyrozmiałość, za ciepłe słowa. Za cierpliwość. Jeju jeszcze raz za cierpliwość! Wiem, że momentami nie jesteśmy najlżejsi a podejmowanie niektórych decyzji kuleje. Dziękuję, że Ksiądz z nami jest, za każdą poświęconą chwilę, każdą historię, każdą lekcje.

    Dziękuję Natalce. Dziękuję Ci! Bez Ciebie Natalio nie dałabym rady i na tym wyjeździe i przed nim. Dziękuję, że odbierałaś ode mnie telefony, dziękuję, że wybawiałaś mnie z trudnych sytuacji, dziękuję za to, że rzucałaś swoje rzeczy dla AKMu. Dziękuję za Twoje poświęcenie i czas. Dziękuję za to, że jesteś, że mogę przyjść z radością albo złością, że z uśmiechem i ze łzami. Dziękuję, że tak dobrze wysłuchujesz i znosisz mnie w każdej trudnej i radosnej sytuacji. Dziękuję!

    Dziękuję Juliettcie. Julio! Dziękuję za to, że z nami byłaś! Za „Góry do góry”, za uśmiech dla dzieciaków, za podejście takie, by każdemu z nas było dobrze. Za to, że u Ciebie najpierw jest człowiek, a później dopiero sprawa. Bądź taka dalej!

    Dziękuję Kubie. Jakubie! Dziękuję, że z nami byłeś! Że byłeś tym męskim pierwiastkiem w naszym babskim składzie i dałes radę! Dziękuję, ża trzymanie kasy, za robienie obliczeń, za cierpliwość i za to, że nasze spięcia tak raz dwa się kończyły. Dziękuję za Twoją opiekuńczość i wsparcie, zwłaszcza dla dzieciaków.

    Dziękuję Julce Berze. Julio! Dziękuję, że z nami byłaś! Za każdą Twoją zumbę i za to, że ja i pewnie nie tylko ja zwiększyłyśmy swoją kondycję tymi wszystkimi podskokami i ćwiczeniami. Dziękuję Ci za każde Twoje „tak to jest”, za to, że znajdowałaś w sobie tyle siły by codziennie dawać dla dzieciaków całą siebie, mimo że czasami słyszałam „dzisiaj będzie cieżko”. Nie było widać po Tobie, ze ciężko.

    Dziękuję Gabrysi. Gabrysiu! Dziękuję, że z nami byłaś! Za Twój spokój, którego nic i nikt nie przebije. Dziękuję za przejęcie apteczki, za każdego tejpa, za każde wydanie Falcimaru i kontrolowanie tego, nawet do teraz. Dziękuję za słodką zabawę z valendo i za to, że każdy dzień zaczynałaś uśmiechem. Dziękuję, za to, że nawet jak narzekałaś na ten czosnek, to z taką radością, że nie sposób było się nie cieszyć.

    Dziękuję Anuli. Aniu! Dziękuję, że z nami byłaś! Za Twój uśmiech, za najlepsze makarony, za te sierpy i ogromną cierpliwość do Pitera i 5latków. Podziwiam Cię za to nastawienie do tych chłopaków! Trwaj dalej w tej cierpliwości i przyjmowania z pokorą każdego obrzucenia piaskiem a potem ogromnym przytulasem.

    Dziękuję Wam, że stworzyliśmy super ekipę. Pełną wsparcia, wyrozumiałości i serdeczności, z którą aż chciało się spedzać czas. Za nasz każdy wspólny wieczór i poranek, za każdy posiłek. Za każde zmywanie, za każde walki z robalami i jaszczurkami. Za to, że czegoś się nauczyliśmy i pewnie zapamiętamy na długo. Za to, że potrafiliśmy łagodzić nasze spięcia i po prostu ze sobą być i żyć. Pamiętajcie, że tak to jest i tak to bywa! Była to ogromna przyjemność spędzić z Wami ten miesiąc. Jestem za to naprawdę wdzięczna Bogu!

    Dziękuję, że jesteście, byliście i będziecie.

    ~Zosia


    PS. WRÓCMY DO DNIA 10.

    w Livingstone, przy Wodospadzie Wiktorii nasza wspaniała Julietta powiedziała jedno z najważniejszych „TAK” w swoim życiu!

    Julio, Jakubie – GRATULUJEMY!

    Nowym narzeczonym życzymy wielu Łask Bożych! Oczekujemy zaproszenia na Waszą uroczystość i będziemy się za Was modlić. Trwajcie dalej w Waszej miłości i oby Zambia była dopiero początkiem Waszej wspaniałej, światowej przygody!

  • Dzień 26-27: Gdzie powracać każdy chce

    Dzień 26-27: Gdzie powracać każdy chce

    Dzień dobry! Rozpoczynamy naszą podróż do domu!

    Zobaczę jeszcze jaki długi wyjdzie ten wpis, bo jak wiecie, drodzy Czytelnicy – droga jest dluga.

    Dzień 26 – 13 sierpnia znowu rozpoczął się w nocy. Rozpoczeliśmy pakowanie. Trochę chodzenia po pokojach, zbieraliśmy ubrania, które jeszcze dosychały, dzieliłyśmy łupy i inne atrakcje. Trochę skubalyśmy resztki, które nadal zostały. Poszłyśmy spać, niektóre trochę szybciej, niektóre trochę później. Wtedy jakoś potwierdziłam w głowie swój pomysł – że spakuje walizkę w walizkę żeby oszczędzić na miejscu i możliwe, że nie uszkodzę aż tak walizki.

    Dzień rozpoczął się tradycyjnie – wcześnie ale nie aż tak wcześnie jak mógł. Na godzinę 7 rano udaliśmy się do Domu Dziecka na przedwyjazdową Mszę Świętą, na którą wszyscy dzielnie wstaliśmy. 😎

    Po Mszy ostatnie pożegnania z s, Janiną oraz s. Martą. Mamy również pamiątkowe zdjęcie z s. Martą, a s. Janina niestety nam uciekła do swoich obowiązków. Niemniej oczywiście bardzo bardzo doceniamy poświęcony nam czas!

    Ksiądz udał się na śniadanie do sióstr, a my dojadalismy resztki… więc powstała OGROMNA JAJECZNICA. Serio, dawno (nie wiem czy kiedykolwiek) nie widziałam tak potężnych porcji jajecznicy i to jeszcze takiej wypasionej, bo z boczkiem i cebulą. Elegancko. Dodatkowo, oczywiście kanapki, resztki makaronu Ani i Berci i przysłowiowe „czyszczenie lodówki”.

    Po śniadaniu – akcja sprzątanie i pakowanie. Jeja no to był proves poważny. Jak już wiecie, przywieźliśmy dużo rzeczy dla sióstr oraz o. Tadeusza ale również wiele kupilismy i dla siebie i dla naszego Koła – no i oczywiście dla Was. Niektóre rzeczy, zapewne na granicy legalności musieliśmy bardzo dobrze zabezpieczyć. Finalnie, wszystko udało nam się ogarnąc, posprzątać, spakowac, zważyć, zmieścić się w granicach wagi no i potem to załadować, Uważam, że pasmo sukcesów, bo naprawde nie było to łatwe. Dodatkowo – ważne jest to, że przed wyjazdem z Zambii (albo przed wjazdem do Etiopii – ja nie wiem jak to jest) należy wypełnić ankietę dotyczącą EBOLI oraz możliwych ebolicznych kontaktów. Pliczek, na szczęście online składał się z wielu pytań. Tak szczerze – trochę covidowy vibe. Żeby uzupełnić ten plik udaliśmy się na naszą dróżkę przy domu ojców. No i było to nasze ostatnie spotkanie na „internetowej dróżce”.

    Spakowaliśmy walizki na pakę, władowaliśmy się obok nich i pożegnaliśmy wspaniałe Kasisi udając się na lotnisko w Lusace by zobaczyć jak nam pójdzie odprawa. Zaskakująco dobrze i szybciutko. Oddaliośmy bagaże i udaliśmy się na pożegnalną kawkę z o. Tadeuszem.

    Ogólnie, co jest ważne w dniu dzisiejszym, w Zambii 13 sierpnia są wybory prezydenckie. Od naszego pobytu dużo się dzieje, słyszymy muzykę, oglądamy plakaty wyborcze rozwieszone przy drogach, spotykamy na swojej drodze różne wiece polityczne oraz widzimy ludzi ubranych w koszulki z twarzą prezydenta, kobiety otulone materiałem również z twarzą. Propaganda i afrykańskość na wyższym poziomie. Ludzie jadący na pace wykrzykujący hasła wyborcze i muzyka, która jest wszędzie. W dniu wyborów wszyscy mają wolne. Nie mieliśmy kierowcy, ponieważ mieli wolne. Nie było dodatkowej osoby w kawiarni na lotnisku, bo było wolne. Nie dojechały słodkości no i przede wszystkim, z racji tego, że jedna Pani była w obsłudze, nie można było zamówić kawy, bo co jak nowy klient przyjdzie a Pani akurat będzie kawą zajęta?

    Wzieliśmy więc przekąski z kurczakiem lub wołowiną, w której w środku ciasta jakby francuskiego było mięso i warzywa łącznie z ziemniakami. Całkiem smaczne. Po zjedzeniu pożegnaliśmy się z ojcem Tadeuszem i ruszyliśmy w naszą podróż, tak już na poważnie.

    Przed wejściem na pokład jeszcze szybkie fryzury w salonie fryzjerskim „Droga przez mękę” i mogliśmy lecieć pierwszym samolotem z Lusaki do Addis Abeby. W samolocie przytulnie, siedzieliśmy obok siebie. Było prawie pusto. Bardzo luksusowy lot. Niektórzy grali, niektórzy spali, niekrórzy spali ale na leżąco. Naprawdę tyle miejsca dawno nie mieliśmy.

    Zjadłam najlepszego kurczaka w samolocie. Nie spodziewałam się, że samolotowe jedzenie może być takie dobre. Do tego była super czekoladka. Ogólnie bardzo polecam linie lotnicze Ethiopian Airlines.

    Przesiadkę w Addis Abebie zapamiętamy na pewno na długo. Na dzień dobry postanowiliśmy poszukać indżery. Etiopskiego dania skladającego się z kwaśnego placka oraz sosu. Bardzo ciekawe i to chyba najlepsze słowo, jakiego można użyć przy tym daniu. Ten placek smakował trochę jak zakwas na chleb, a sosy mimo, że łagodne były ostre lekko. Zaskoczyło mnie to, że ten palcuszek miał trochę w sobie naleśnikowości i nie był za sztywny jak się go maczało w sosie. Polecam raz w życiu spróbować. Myślę, że raz wystarczy.

    Na szczęście nasze kółeczko z pierwszej strony było puste w środku więc udaliśmy się tam na drzemkę lub kończenie bloga.

    Po zjedzeniu marcheweczek, wypiciu przeze mnie imbirowej herbatki udalismy się do naszego gate żeby dowiedzieć się, że na biletach otrzymanych w Lusace nigdzie nie dolecimy i zapraszają nas po odbiór nowych biletów na druczkach linii Turkish Airlines. Było trochę nerwowo, biegająco po innych gate’ach by udało sie przedrukować bilety ale finalnie udało nam się usiąść już w drugim samolocie z Addis Abeby do Instambułu. W samym samolocie jedna pani zrobiła zamieszanie z miejscami i okazało się, że po przesiadkach każdy z nas siedział w innym miejscu i sam tylko ja z Bercią siedziałyśmy obok. Trochę spania, grania, jak obejrzałam film – trudny i ze smutnym zakończeniem ale oparty na faktach więc czasami życie jest naprawdę trudne.

    Dzień 27 – 14 sierpnia

    Wylądowalismy w Instambule i udaliśmy się na zwiedzanie miasta. Najpierw standardowo, toaleta podczas której udało nam się przebrac i doprowadzić do stanu, który pozwalał na komfortowe zwiedzanie. Ogarnięci i nawet lekko wyspani udaliśmy się na metro. Metrem sprawnie można dojechać do centrum miasta. No dobrze, średnio sprawnie bo mielismy problemy z kartami biletowymi? Bardzo jesteśmy wdzięczni, że Ksiądz Dawid tutaj się nami wspaniale zaopiekował tak, że mogłyśmy po prostu za nim iść i zaufać mu w pełni, za dużo niemyśląc. Takie poczucie bezpieczeństwa to skarb.

    Mogliśmy zwiedzić Hagie Sophie. Najstarszą świątynie, która kiedyś była chrześcijańska by po tylu latach przez bycie muzeum stanąć się meczetem. Wewnątrz możemy podziwiać piękne mozaiki pokryte bizantyjskim złotem, które zachowały się jeszcze z IV wieku. Dodatkowo, co bardzo ciekawe jak na meczet – są zachowane wizerunki świętych. Możemy podziwiać piękne mozaiki przedstawiające Jezusa Chrystusa, Maryję, Jana Chrzciciela i niektórych świętych, gdzieś w oddali – z daleka, ukrytych za filarami. Pechowo – świątynia była w remoncie, więc ogrom przestrzeni był wypełniony rusztowaniem. Dobrze jest zobaczyć to na własne oczy. Jestem za to wdzięczna.

    Po Hagia Sophia poszliśmy na targ, by zobaczyć te złoto, miseczki, szale i tureckie klimaty.

    Następnie jak na prawdziwą Turcję przystało – zjedliśmy kebaba i udaliśmy się w kierunku lotniska, gdzie jeszcze wypiliśmy herbatę turecką i spakowaliśmy się do samolotu w drodze do Polski, do Warszaaaaawy.

    Samolot sprawnie, mi upłynął na drzemce – siedziałam w ostatnim rzędzie – pierwszy raz w życiu.

    Mam wrażenie, że bardziej rzuca niż z przodu albo w środku. Wylądowaliśmy. Dobrze wrócić do Polski. Odebraliśmy bagaże no i słuchajcie – dojechały nasze bagaże! Wszystkie! Więc jestem zadowolona bardzo i to serio bardzo duży oddech.

    Zostaliśmy odebrani przez ksiedza Jana, który towarzyszył nam przez pierwszą część naszego wyjazdu. Przyjechał w towarzystwie naszego AKMowicza – kl. Karola, który zrobił nam ogromną niespodziankę. Bardzo było nam miło.

    W drodze powrotnej wysadziliśmy Gabrysię przy McDonaldzie, około 20 km od Wrzącej Wielkiej koło Koła by mogła dojechać bezpiecznie do domu. Pożegnanie z naszą Królową Dropsów skończyło się jedzonkiem i reszta naszego składu około 23 dojechała na Jeżyce, gdzie zaczęliśmy i skończyliśmy naszą przygodę.

    To było moje trzecie doświadczenie misyjne. Boże – dziękuję!


    Podczas naszej podróży otrzymaliśmy smutną informację z Kasisi. Dotarła do nas informacja o śmierci Siostry Jolanty. Siostra przeżyła ponad 100 lat, a w samym Kasisi służyła blisko 80 lat. Całe swoje życie poświęciła dla innych. W Domu Dziecka w Kasisi większość czasu opiekowała się najstarszą grupą chłopaków. Jesteśmy bardzo wdzięczni za to, że poznaliśmy Siostrę! Siostro Jolanto – spoczywaj w pokoju.

    /Zosia

  • Dzień 25: To już jest koniec…

    Dzień 25: To już jest koniec…

    Dzisiejszy dzień (a właściwie noc) rozpoczął się wyjątkowo wcześnie, bo już godzinę przed północą. Po nieszporach i wizycie w kafejce internetowej, w trakcie wieczornych rozmów tuż przed snem, usłyszałyśmy znajomy dźwięk dochodzący z dworu. Okazał się to być deszcz, który niespodziewanie zaczął padać. Od wielu lat (kilkudziesięciu conajmniej) w Zambii nie zdażyła się sytuacja, aby pojawił się on w sierpniu. Zazwyczaj opady pojawiają się w połowie września, więc było to zaskoczenie nie tylko dla nas. Gdy rozpoznałyśmy dźwięk deszczu, od razu ruszyłyśmy w kierunku drzwi, żeby poczuć go na własnej skórze. Po wyjściu zaskoczyły nas trochę dźwięki burzy, które były słyszalne w tle. Jednak nie zniechęciło nas to do dalszego podziwiania afrykańskiego deszczu.

    Po tych mokrych widoczkach i już po północy (czyli jesteśmy we właściwym dniu), razem z Anią i Zosią stwierdziłyśmy, że jest to idealny czas na pompowanie balonów. Mieliśmy w planach przynieść je dzieciom podczas naszego kolejnego wspólnego spotkania. Nie były to takie zwykłe małe balony, które da się szybko i prosto napompować, lecz długie do których potrzebna była pompka. Przez to podczas pompowania kilka z nich pękło, a jeszcze więcej odczepiało się od pompki (mieliśmy 3 więc idealnie dla naszego tria) i fruwało po całym pokoju. Czas szybko nam zleciał i gdy wybiła 2:00 stwierdziłyśmy że kończymy. Na tamten moment udało nam się napompować nie całe 2 pudełka (czyli nie całe 200 balonów).

    Po tej dla niektórych krótkiej nocy, udaliśmy się (nie wszystkim udało się przez nią wstać) na Mszę Świętą na 7:00 do domu dziecka w Kasisi. Po niej zjedliśmy klasyczne śniadanie, czyli jajecznicę. W trakcie jej przygotowywania dopompowywaliśmy coraz to więcej balonów. Następnie po 9:00 ruszyliśmy do dzieci. Tym razem wszyscy poszliśmy do 5-letnich chłopców. Spędzaliśmy z nimi czas kopiąc i rzucając piłki. Nie zabrakło nowej gry księdza Dawida oraz zabaw w piasku czy z użyciem patyków i kamieni, znalezionych na dworze. Około 11:00 nadszedł czas przerwy na lunch dla chłopaków. Udaliśmy się wtedy do miejsca, w którym można zakupić pamiątki (m.in. broszki, miseczki, torby) oraz obrazy namalowane przez dzieci z domu dziecka. Kupiliśmy kilka rzeczy i udaliśmy się do naszego domu.

    Gdy wróciliśmy, Julka z Anią zaczęły przygotowywać obiad, a reszta pompowała pozostałe balony. Dziewczyny zrobiły makaron z kurczakiem, pomidorami i pesto, bo to zostało nam w lodówce, a że niedługo powrót to pora wyjadać resztki.

    Następnie spakowaliśmy wszystkie napompowane wcześniej balony (wyszło około 400) i poszliśmy z nimi do dzieci. Na początku podzieliliśmy się tak, że ksiądz, Ania i Julka poszli do 5-letnich chłopców, a ja z Natalką i Zosią udałyśmy się do valendosków. Gdy rozdawałyśmy i pękł pierwszy z nich, dzieci lekko się przestraszyły i nie były chętne na kolejne, ale szybko im przeszło i wróciliśmy do wspólnej zabawy po której dotrwało mało balonów. Odwiedziliśmy również strasze grupy chłopców, którzy ucieszyli się z balonów. Kiedy valendoski poszły się kąpać dołączyłyśmy do reszty, czyli do 5-latków. Od początku było słychać muzykę puszczaną przez Julkę, na którą chłopcy z niecierpliwością czekali. Pokazywaliśmy im jak zrobić korony z balonów oraz różne zwierzątka. Różniły się one tak na prawdę tylko długością szyi ale wyobraźnia dzieci sobie z tym poradziła i co jakiś czas przychodzili pochwalić się jaki kształt mają teraz. Gdy i ta grupa poszła się kąpać, poszliśmy do ostatniej, czyli do Martin’s House. Tam również pokazywaliśmy jak skręcać balony, ale nie zabrakło też standardowych jak na to miejsce zabaw. Natalka i ksiądz Dawid grali w piłkę, a Bercia prowadziła zumbę, w której oprócz uczestnictwa dziewczyn z domu dziecka znalazłam się też ja, Ania i Zosia.

    Były to nasze ostatnie wspólne chwile razem z dziećmi spędzone na zabawie, tańcu i rozmowach. Po nich ostatnia wieczorna modlitwa i pożegnanie tych grup z którymi nie zobaczymy się na Mszy Świętej rano. Następnie pożegnaliśmy się z siostrą Janiną, Martą oraz pozostałymi siostrami i pracownikami, którzy tak ciepło nas przyjęli w tym miejscu. Dziękujemy! Przekazaliśmy też wszystkie przybory, które używaliśmy do zabaw z dziećmi oraz resztę rzeczy, których nie zdążyliśmy wykorzystać.

    Jeszcze przed kolacją udaliśmy się na nasz ostatni zambijski zachód słońca, który okazał się nie być tak efektowny jak wcześniejsze, ale nadal piękny. Poszliśmy naszą standardową drogą i oczywiście nie zabrakło sesji zdjęciowej. Dzisiejsze figury do fotek były lekko dziwne, ale nie oceniam. W drodze powrotnej udało nam się upolować ciekawe zdobycze. Ja znalazłam jakiś okrągły owoc (do teraz nie wiem co to jest), a Natalka wydrukowany egzamin podsumowujący wiedzę z zambijskiej secondary school.

    Po spacerku odbyła się ostatnia wspólna kolacja. Na tej uczcie jedliśmy to co zostało nam z poprzednich obiadów oraz czekoladowy pudding na deser, który podczas otwierania obsypał resztę jedzenia. Następnie były nieszpory i kafejka internetowa. Potem czas na pakowanie i sprzątnie naszych pokoi. Tak wyglądał nasz ostatni dzień w Kasisi…

    Gabi

  • Dzień 24: Tak jest mało czasu

    Dzień 24: Tak jest mało czasu

    Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy Mszą Świętą o g. 7.00 u sióstr w domu dziecka.

    Następnie zjedliśmy śniadanie i udaliśmy się na zabawy z dziećmi. Gabrysia, Zosia i Ja zajmowałyśmy się grupą 2 i 3 latków. Ksiądz Dawid, Natalka i Ania grupą 5 latków. O 11.00 dzieci udały się na lunch, my również udaliśmy się na przerwę oraz znakomity obiad przygotowany przez księdza Dawida i Zosię. Podczas przerwy pożegnaliśmy Julkę oraz Kubę, którzy musieli opuścić nas trochę wcześniej.

    Po południu również udaliśmy się do dzieci, tym razem w nowych koszulkach z logiem Kasisi, za które serdecznie siostrom dziękujemy. Ponownie jak ostatnio ten czas przepełniony był śmiechem, tańcami, ale również nową grą, w której specjalizuje się ksiądz Dawid. Dzieci bardzo ją polubiły, widać że lubią rywalizację.

    Po wielu dniach spędzonych tutaj pomyślałam, że warto pokazać Wam trochę więcej miejsca, w którym na co dzień przebywamy. Dom dziecka i jego okolice to nie tylko budynki, ale przede wszystkim przestrzeń, w której dzieci spędzają większość swojego czasu.
    Na kolejnych zdjęciach możecie zobaczyć, jak wygląda cały teren – budynki, miejsca, w których dzieci się bawią, a także piękne ogrody o które siostry szczególnie dbają. Każde z tych miejsc ma swój własny charakter i jest częścią naszej codzienności tutaj. Wokół domu cały czas coś się dzieje- dzieci biegają, bawią się, rozmawiają oraz spędzają bardzo dużo czasu na dworze.
    Chcemy Wam pokazać to miejsce takim, jakie jest naprawdę, dlatego zapraszamy na mały spacer po naszym domu i jego okolicy.
    W domu dziecka pracują siostry z Polski oraz Zambi, ale również wielu zabijczykow w tym opiekunki zwane mammies. W dbaniu o dom i ogród często pomagają także najstarsze dzieci z Don Bosko House i House of Mercy.

    O godzinie 17.00 wraz z dziećmi udaliśmy się do kaplicy na wieczorną modlitwę. Następnie zjedliśmy kolację podczas której poleciało wiele łez🧅, ale było warto dla placków ziemniaczanych z marchewką. Odmówiliśmy nieszpory i zakończyliśmy dzień w kafejce internetowej.

    Przyszedł czas na pożegnanie z Afryką i z wami, jest to mój ostatni blog. Nasz wyjazd był dla mnie niesamowitym doświadczeniem i przyniósł o wiele więcej owoców niż się spodziewałam. Mam nadzieję, że to początek mojego doświadczania pracy misjonarza. Powierzam waszej modlitwie wszystkie dzieci, pracowników domu, a przede wszystkim nasze polskie siostry i księży misjonarzy❤️

    Pozdrawiam,

    Julka, zwana Julką Berą:)

  • Dzień 23: Powrót na pole.

    Dzień 23: Powrót na pole.

    Po malej przerwie weekendowej wróciliśmy do pracy na farmie.

    Tradycyjnie Jakub i ja kończyliśmy wbijanie/wkopywania słupków i oznaczeni ich tabliczkami.

    Tabliczki przybijane do palików posłużą do oznaczenia upraw na grządkach.

    Dziewczyny, natomiast wykopywały czosnek

    Po pracy na polu- farmie przyszedł czas na obiad i powrót do sierocińca. Powoli już zbliża się czas pożegnań.

    Po modlitwie na zakończenie dnia w sierocińcu dostaliśmy dwie kiście małych bananów. Wywołało to wielką radość .

    Dzisiaj już nie spotkaliśmy s. Marioli. W sobotę poleciała do Polski z jedną z podopiecznych. Jednak w sierocińcu znalazła dzielną zastępczynię za biurkiem.

    Po sierocińcu, udaliśmy się na zachód słońca. Tym razem słońce szybko chowało się za chmurami.

    Droga nad jezioro szybko nam przebiegła.

    A tam już pozostało nam zrobić kilka zdjęć.

    To pozowanie do zdjęć, to zawsze wiele prób, które nie zawsze są widoczne w końcowych efekcie.

    Po zachodzie słońce najpierw usiedliśmy na rozgrzanym schodach przed naszym domem wolontariuszy.

    I tak ten czas sobie mijał na rozmowach.

    Tak minął nam kolejny dzień, który znowu zastał zaznaczony bąblem. Tym razem Natalia dostała pamiątkę po wczorajszym gotowaniu N’shimy.

    Jutro już nie pójdziemy na farmę- pójdziemy tylko pracować do sierocińca.

    ks. Dawid

  • Dzień 22: Eucharystia, ludzie i nshima

    Dzień 22: Eucharystia, ludzie i nshima

    Ten niedzielny dzień od początku zapowiadał się być ciekawym przeżyciem. Byliśmy umówieni z ojcem Jakubem na godz. 8:30 na wyjazd do stacji misyjnej w kościele pw. św. Dominika. Stawiliśmy się o 8:31 i z dumą ktoś z nas powiedział, że jesteśmy „przed czasem”, reszta szybko sprowadziła naszą chwilową dumę na ziemię uświadamiając nas, że owszem możę jesteśmy przed ojcem, ale czasowo i tak jesteśmy delikatnie opóźnieni. ;D A Gabrysia oraz Bercia (zwana Julią Berą), które miały dziś dyżur gotowania, były odpowiedzialne za brytwanny z kurczakiem, które zabraliśmy na wspólny stół.

    Wiedzieliśmy, że przejażdżka wiąże się z jazdą na pace. Niektórych z nas cieszyło to bardziej, a innych mniej. Mnie osobiście BARDZO to ekscytuje. Jazda na pace była na liście moich małych marzeń (zaraz obok jazdy „tuk-tukiem” – może kiedyś to też się spełni). Ks. Dawid siedział z przodu obok kierowcy, czyli o. Józefa, a my, czyli siódemka białasów, siedzieliśmy na pace. Mogłoby się wydawać, że to sporo ludzi, ale miejsca było jeszcze wystarczająco dużo, aby jechali z nami dwaj ministranci oraz pani o imieniu Files (nazywana przez nas szaloną katechetką).

    Gdy siedzieliśmy już na pace i byliśmy wszyscy gotowi, ojciec Józef powiedział „Od teraz wyłączamy zegarki, nie liczy się czas”. To zdanie sprawiło, że już czułam, że to będzie dobry i bardzo afrykański klimat. I nie myliłam się, jak tylko dojechaliśmy to okazało się, że najpierw będzie czas spowiedzi, a Msza na pewno kiedyś się zacznie. W tym czasie mogliśmy już od pierwszych chwil poczuć klimat afrykańskiej wioski, rozpalone ognisko i kobiety działające przy jedzeniu, które będzie wspólnie spożywanie po Mszy Świętej, dookoła biegające dzieci, entuzjastycznie witający się ze sobą ludzie, przejęci sprawą liderzy parafialni. Msza Święta w takim miejscu jest wydarzeniem, do którego ludzie podchodzą z dużym zaangażowaniem, a także ekscytacją. Na stacje misyjne znajdujące się na uboczach zambijskich miast, Ksiądz przyjeżdża „jedynie” raz na miesiąc. Celowo umieściłam to słowo w cudzysłowie, ponieważ są stacje misyjne, do których ksiądz przyjeżdza znacznie rzadziej, raz na pół roku. Aby tam dotrzeć musi wyjechać o godz. 3 w nocy, a wraca późnym wieczorem. W Zambii problmeatyczną kwestią jest liczba księży. Powołań jest dużo, znaczniej więcej niż aktualnie w Polsce, ale zambijscy klerycy po kilku latach w seminarium często są zmuszeni do rezygnacji z powodów rodzinnych wiążących się z biedą. Mają oni świadomość tego, że ich opuszczenie gniazda rodzinnego jest czymś obciążającym dla rodziny. Bliscy nie mają jego wsparcia materialnego. A tutaj każda para rąk do pracy w rodzinie jest bezcenna. Dlatego nadal mimo tych licznych powołań kapłańskich, to znacznie więcej jest zagranicznych, przyjezdnych misjonarzy niż lokalnych księży.

    Niektórzy z parafian podchodzili i nas zagadywali. W trakcie rozmowy z Files (szaloną katechetką) oraz młodym mężczyzną (który później okazał się być dyrygentem lokalnego chóru) postanowili nauczyć nas jak się mówi w języku nyanja „najlepszy przyjaciel”, które brzmi: „łuzanga łablino”. Dyrygent podbiegł do Kuby i powiedział, że od teraz będą „łuzanga łablino” i serdecznie uścisnął mu dłoń na kilka sposobów. W pewnym momencie zaczęłam rozmawiać z pewną kobietą, która pochodziła z Zimbabwe, natomiast od kilkunastu lat zamieszkuje Zambię. Rozmawiałyśmy o językach w Zambii. Jest ich tutaj aż ponad 70! Siedem z nich jest głównymi i najpowszechniejszymi językami i tworzą rodziny językowe, od każdego z nich jest około 10 języków, które są do siebie całkiem podobne. Natomiast tych siedem głównych bardzo mocne się od siebie różni. Najpopularniejsze są: nyanja, bemba oraz tonga. Wielu Zambijczyków potrafi rozmawiać w kilku językach. Inna kobieta wspominała mi, że jak spotyka się z rodziną przy świątecznym stole to rozmawiają mieszając kilka z nich. Ku naszemu szczęściu ich urzędowym językiem jest całkiem dobrze nam znany angielski. Dzięki temu z dużą liczbą Zambijczyków możemy prowadziś liczne konwersacje.

    Jeszcze inna kobieta (tak, tych interakcji przed Mszą było całkiem dużo) zapytała, czy kiedyś gotowałam nshimę. Odpowiedziałam, że nigdy, ale pochwaliłam się, że już kilka razy ją jadłam. Pani od razu zapewniła mnie, że dziś będę mieć okazję, aby ugotować nshimę dla kilkudziesięciu osób. Oczywiście z uśmiechem odpowiedziałam, że to świetnie i że jestem chętna, więc spytałam, gdzie mam iść. Ona zaczęła się śmiać i powiedziała, że nie teraz. Więc przyjęłam to jako koniec tematu i to, że dziś również będę musiała zadowolić się jedynie jej jedzeniem. Sprawy potoczyły się jeszcze inaczej, ale do tego wrócę później…

    Przed Mszą rozmawiałam też z mężczyzną o imieniu Patric. Bardzo fascynują mnie rozmowy z ludźmi. A z tymi, którzy mają tak obce nam doświadczenia życiowe, w szczególności. Opowiadał mi o tym, że trzy lata temu zmarła jego żona, że ma czworo dzieci, których musi jakoś utrzymywać. Dwoje z nich, aktualnie studiuje, a on jako ich ojciec zapewnia im to. Jednocześnie mimo jego codziennej pracy nie ma możliwości zakupienia do swojego domu szyb do okien. To pokazuje trudy tego kontynentu, które dla nas są niewyobrażalne. Mogłoby się wydawać, że to nie jest aż takie uniedogodnienie, ponieważ przecież w Afryce jest ciepło. Nic bardziej mylnego! Od czerwca do lipca trwa “cold season”. Jest wtedy naprawdę zimno – w dzień do 25 stopni, a w nocy temperatura spada nawet do ok. 5 stopni Celsujasza. A od grudnia do kwietnia trwa pora deszczowa, gdy często całymi nocami i dniami są silne opady deszczu. W takich warunkach brak szyb w oknach nie dość, że jest trudem, to przede wszystkim niebezpieczeństwem. Mój rozmówca podsumował ten wątek słowami, że modli się i w dzień i w nocy o Błogosławieństwo dla jego rodziny oraz, aby udało mu się dorobić tych szyb w oknach. Mówił, że daje mu to prawdziwą nadzieję. Nie wiem ile czasu rozmawialiśmy, bo zgodnie z poleceniem o. Józefa na początku naszego wyjazdu – nie patrzyłam na zegarek! Ale było to na tyle długo, że moi towarzysze zdążyli już wejść do kościoła, a Kuba w pewnym momencie po mnie wyjść. Byłam spokojna, że zdążę, bo przecież rozmawiałam z liderem parafialnym, który jak mało kto zdawał sobie sprawę ile czasu pozostało do Mszy (która w naszym odczuciu zupełnie nie było wiadomo, kiedy się rozpocznie).

    I stało się! Msza się zaczęła! Po prawej stronie kościoła siedziały kobiety z chóru, z przodu osoby, które miały przyjmować sakrament Chrztu oraz Pierwszej Komunii Świętej, na środku my i wszyscy wierni, a po lewej stronie dzieci. A tak naprawdę… czuliśmy, że wszędzie siedzą wszyscy, a niewielkiej powierzchni kościół jest wypełniony po brzegi i to nie tylko ludźmi, a przede wszystkim radością i entuzjazmem Zambijczyków.

    Zostało ochrzczonych sześć osób. A gdzie Chrzest tam nadzieja! Po Komunii każdy wierny mógł podejść i pogratulować tym, którzy przyjęli dziś ten sakrament. Oczywiście też się zaangażowaliśmy w ten sympatyczny zwyczaj.

    Kazanie nie było oczywistym elementem Mszy, ponieważ pani Fales (szalona katechetka) była niezbędną uczestniczką homilii. Jej funkcją było tłumaczenie kazania z języka angielskiego na lokalny język nyanja. Myślę, że wszyscy jesteśmy zgodni, że jako tłumacz z dużym zaangażowaniem przekazywała wiernym słowa o. Józefa.

    Procesja darów jak na kontynent afrykański przystało – była rozbudowana 😉 Do ołtarza zostały zaniesione jajka, soki, a nawet żywa kura!

    Nadszedł czas ogłoszeń, które w moim kilkukrotnym doświadczeniu afrykańskich niedzielnych Mszy Świętych wiem, że są naprawdę długie. Tak też było tym razem. Ponownie “szalona katechetka” odgrywała kluczową rolę. To ona prowadziła ogłoszenia, które trwały ponad 30 minut. Natomiast nie byłam obecna na tym przemówieniu, ponieważ początkowo wspominana przeze mnie kobieta pochodząca z Zimbabwe podeszła do ławki, w której siedziałam i po cichu powiedziała, że jeśli chce nauczyć się gotować nshime to zaprasza mnie teraz na zewnątrz. Moim pierwszym odruchem była chęć odpowiedzenia, że przyjdę po skończonej Mszy. Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek ktoś w trakcie ogłoszeń parafialnych podejdzie do mnie i zaproponuje mi gotowanie czegokolwiek, a tym bardziej zambijskiej nhimy! Spytałam Gabrysię, czy chce uczestniczyć w tym niecodziennym przerywniku Mszy i parę sekund później wspólnie wyszłyśmy na dwór. Tam już czekały na nas kobiety, które tańczyły dookoła dużego garnka gotującej się nhimy. Dołączyłyśmy do nich i wraz z Gabrysią i dzielnie spróbowałyśmy swoich sił. Nie było to łatwe, ponieważ garnek był wypełniony po brzegi, a zbyt energiczne i niedokładne mieszanie mogłoby sprawić, że jedzenie mógłby się zacząć wylewać. Dodatkowo małe krople GORĄCEJ gotującej się nhimy pryskały na zewnątrz. Jedna z takich kropli wylądowała na mojej dłoni. Niewzruszona dalej mieszałam ignorując ten fakt (nie ukrywam, że lekko palącej mnie ręki). Wróciłyśmy z Gabi do kościoła, ale poczułam, że dobrze byłoby chociaż trochę schłodzić skórę mojej dłoni, więc ponownie wyszłam na zewnątrz i włożyłam rękę do żółtego wiadra z wodą, które kazało się, że służyło do mycia rąk po skorzystaniu z toalety…

    Na koniec Mszy wyszliśmy na środek, przedstawiliśmy się i powiedzieliśmy kilka słów o sobie. Ludzie mieli duży ubaw z naszych wypowiedzi, ale nie wiemy dokładnie co takiego tak ich tak mocno rozbawiało. Kto wie co tłumaczyła im szalona katechetka Fales? Na pewno nie my. Był czas na wspólne zdjęcia, rozmowy i pozdrowienia. A także nastąpił czas na zjedzenie wspólnego obiadu. Jedynie za pomocą naszych dłoni zjedliśmy makaron, kurczaka oraz nshime, która wszystkim smakowała (czujemy z Gabrysią, że z pewnością była to nasza zasługa :D)

    Wracaliśmy z wcześniej wspomnianym przeze mnie kurczakiem, który został zaniesiony w procesji darów. Kuba dzielnie go pilnował w trakcie drogi, aby zwierzę nie zbliżało się do nas. Ja natomiast kontynuowałam rozmowy z panią Fales, tym razem m.in. o jej dzieciach, a także o najczęstszej liczbie dzieci w zambijskich rodzinach. Według mojej rozmówczyni typową liczbą w zambijskiej rodzinie jest 4-5 dzieci.

    Po powrocie do Kasisi, ok. godz. 15 przyszliśmy do dzieci. Ania, Gabi, Julietta oraz Kuba poszli do 5-letnich chłopców z Edmund’s house, a Zosia, Bercia oraz ja do dziewczyn z Martin’s house. Tradycyjnie było dużo wspólnych tańców. Ja za każdym razem, gdy byłam w grupie tańczącej to podbiegała do mnie Lucy szeptając „Natalia play footbal?”. Wiem, że będę mocno tęsknić za tym pytaniem, które w przeciągu tego miesiąca usłyszałam już na pewno co najmniej 20 razy. Dziewczynki pytały mnie o moje spodnie, czy to jedyne, jakie mam. Zazwyczaj przychoodzę do nich w tych samych, krótkich czarnych spodniach. Wybiła godz. 17, która w domu dziecka Kasisi oznacza czas wieczornej modlitwy w kaplicy. Poniżej załączam plik dźwiękowym, w którym słychać wieczorną modlitwę, prostą, a jakże szczerą i prawdziwą, kltóra była dla mnie pięlknym świadectwem wiary tych ludzi. Czynnie uczestniczyły w tym wszystkie dzieci, pracownicy oraz siostry.

    Po modlitwie wróciliśmy do domu, zjedliśmy kolację oraz odmówiliśmy nieszpory. Przyznaję, że nie starczyło mi sił na napisanie bloga w określonym terminie. Zależało mi, aby opisać w szczegółowy sposób wszystko czym bardzo chciałam się podzielić z drogimi czytelnikami. Dziękuję każdemu kto dotarł do tego momentu.

    Nie był to dla mnie łatwy miesiąc, postawił on w mojej głowie trudne pytania dotyczące dalszego działania w wolontariacie misyjnym. Starałam się maksymalnie wykorzystywać czas, który otrzymałam w tym niezwykle ciekawym kontynencie, który jest pełen niespodzianek i lekcji, które nie spodziewałam się, że będzie mi kiedykowlek odbyć. Czas z dziećmi z sierocińca uwrażliwił mnie jeszcze bardziej na to, że KAŻDY człowiek, ktorego spotykam ma swoją hsitorię doświadczeń i wewnętrzne niewidoczne bitwy, o których nic nie wiem. Pięknym jest możliwość obserwowania dobra, które niesie w swojej codzienności tylu ludzi.

    Wiem, że zabrzmi to bardzo klasycznie, ale… mam w sobie bardzo dużo wdzięczności za przywilej spędzenia miesiąca w Zambii, tak odległym miejscu na ziemi, w którym jeszcze nie tak dawno temu nie spodziewałam się, że będzie dane mi być. Popwtórzę swoje zeszłoroczne słowa kończącego mój ostatni wspis na bloga: „Afryko, mam nadzieję, że do zobaczenia!”

    Pozdrawiam

    Natalia

  • Dzień 21: Targ i Katedra

    Dzień 21: Targ i Katedra

    To był bardzo długi i intensywny dzień, ale od początku.

    Zaczęliśmy jak zwykle w soboty od porannej Mszy Świętej w Domu Dziecka o 7.00. Po której mieliśmy umówione spotkanie z siostrą Mariolą, ponieważ chcieliśmy się pożegnać z racji, że siostra jedzie na jakiś czas do Polski i już się z nią nie zobaczymy. Daliśmy jej mały upominek i podziękowaliśmy za ciepłe przyjęcie i opiekę podczas pobytu oraz oczywiście zrobiliśmy sobie zdjęcie.

    Następnym punktem dnia było szybkie śniadanie, bo dziś w planach był wyjazd na targi i zwiedzanie katedry. Jechaliśmy znowu na pace (chyba nigdy nie znudzi mi się taka jazda, ale trochę wiało) i po około 30 minutach byliśmy na miejscu. Postanowiliśmy się przejść popytać o ceny, a potem kupować. Udało nam się obkupić się na tym targu, więc poszliśmy na małą przerwę do Hungry Lion’a, czyli takiego tutejszego McDonalda. Moim zdaniem lepszy niż McDonald i tańszy.

    Ojciec Tadeusz w tym czasie pojechał podwieźć siostrę na lotnisko i idealnie wrócił jak skończyliśmy jeść, dlatego udaliśmy się na drugi targ, gdzie dokończyliśmy zakupy. Na tym targu ceny były wyższe, ale też rzeczy lepiej jakości (w mojej opinii), dlatego z pomocą ojca Tadeusza, który pomagał nam w zbijaniu cen udało się jeszcze dokupić czego nam brakowało.

    Kolejnym punktem dnia było zwiedzanie Katedry Dzieciątka Jezus w Lusace i grobu pierwszego biskupa w Zambii Adama Kozłowskiego. Katedra jest imponująca.

    W katedra jest tablica upamietaniająca przyjazd św Jana Pawła II do Lusaki, który odprawił uroczystą Mszę Świętą na miejscu, gdzie miała powstać ta katedra.

    Kolejno poszliśmy na grób biskupa Kozłowieckiego i chcieliśmy go umyć, ale okazało się, że jest czysty, dlatego przetarliśmy szmatką i płynem, żeby był jeszcze czystszy, pomodliliśmy się i wspominaliśmy historię jego życia.

    Ostatnim już punktem naszej wycieczki był sklep spożywczy, gdzie kupiliśmy jedzenie na ostatni już tydzień w Zambii oraz produkty, które chcemy zabrać do Polski.

    Po zakupach uśmiechnięci i zadowoleni wrócilismy do Kasisi, ale w drodze powrotnej my jak to my musieliśmy wpaść na coś niestandardowego i zatrzymaliśmy się, żeby kupić 4 m trzciny cukrowej, bo Zosia stwierdziła, że musimy spróbować jak smakuję.

    Pozdrawiam ciepło.

  • Dzień 20: Wspięga wężowata

    Dzień 20: Wspięga wężowata

    Dobry wieczór, tutaj znowu Julietta. W końcu odzyskałam siły, aby wrócić do pracy, dzięki czemu mogę opisać dzisiejszy dzień. Coś podobnego napisałam tydzień temu, jednak mam nadzieję, że teraz już na serio będzie dobrze. W końcu ile można chorować? Szczególnie będąc na innym kontynencie, gdzie naprawdę jest co robić.

    MSZA
    O 6.30 standardowo wybraliśmy się na msze. Dziś mamy wspomnienie Edmunda Bojanowskiego, który założył zakon Sióstr Służebniczek oraz przyczynił się do powstania domu dziecka w Kassisi. Dopiero dzisiaj dotarło do mnie, że Edmund pochodzi z Gostynia(dokładniej urodził się w Grabonogu, czyli obok Gostynia) i tutaj chciałabym pozdrowić moje przyjaciółki Gosie i Gabrysie, dzięki którym nie jeden raz mogłam odwiedzić to miasto + kościół na Świętej Górze w Gostyniu, w którym dokonał się cud uzdrowienia.
    Ze względu na to wspomnienie msza trwała o połowe dłużej niż zwykle, wystartowaliśmy o 6.35, a wylądowaliśmy o 7.30. Dzisiejsza msze odprawiał Zambijczyk ks.Makasa(mam nadzieje, ze dobrze napisalam jego imię) razem z naszym ks.Dawidem. Było naprawdę wyjątkowo, jedna z sióstr nawet nagrywała całą msze, w dodatku w bardzo nie subtelny sposób, co nie ukrywam trochę nas bawiło(ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Wzruszający był moment kazania, wygłoszonego przez ks.Dawida – w końcu Polak odwołał się do szczególnie ważnego dla Zambijczyków w Kassisi Polakav(szczególnie sióstr Sluzebniczek).
    Pieśń na zakończenie mszy również zrobiła na nas ogromne wrażenie, szczególnie, że pojawiło się w niej imię i nazwisko naszego rodaka. W dodatku pięknie i poprawnie wymowione!Zapraszam do odsłuchania poniżej.

    (filmik z mszy dodam jutro, ponieważ ma go u siebie Natalia, która aktualnie śpi)

    Nie mogę pominąć również spotkania księdza Dawida z siostrą Edith, cytując dzisiaj wstawiony post przez ks. Dawida na instagramie (wiokary):

    „Cuda się zdarzają. Siostra Edith w zeszłym roku cudem przeżyła wypadek samochodowy. Jak sama mówi jej przedramię i noga poniżej kolana były „separated”, prawe oko wyszło z oczodołu. Przez tydzień była nieprzytomna, stabilizowana w szpitalu, potem wysłano ją do szpitala w RPA. Tam nie chcieli jej przyjąć, bo w ich opinii była już martwa. Ostatecznie zaczęto ją leczyć. Dzisiaj po roku, prawie nie widać skutków tego wypadku, normalnie funkcjonuje, rozmawia, widzi. Czy to może być potraktowane jako wymagany cud do kanonizacji Bł.Edmunda? Wszak siostry Służebniczki modliły się za jego wstawiennictwem.”

    FARMA
    Ze względu na dłuższy czas trwania mszy spóźniliśmy się na farmę niestety trochę bardziej niż zwykle. W końcu trzeba było zjeść porządne śniadanie, a w nim m.in. przepyszną jajecznicę z cebulką, przygotowaną przez ks.Dawida. Kuba wraz z księdzem standardowo pracowali nad oznaczaniem grządków, a dokladniej wbijaniem palikow w ziemie oraz łączeniem ich z plastikowymi tabliczkami. Niestety nie znam genezy zdjęcia, które umieściłam poniżej, ale wygląda fajnie, więc uznałam, że się nadaję.

    Ania, Gabrysia, Julka i ja segregowałyśmy różnego rodzaju nasiona, w skrócie od fasoli po rzodkiewkę, a nawet wspięge wężowatą(przynajmniej tak powiedział nam google tłumacz).

    Oprócz tego muciłyśmy ziarna, co widać na zdjęciu poniżej z Gabrysią w roli głównej.

    W między czasie rozmawiałyśmy na różne tematy pół polish pół english. Nasze dialogi brzmiały trochę pokracznie, ale cóż to był za trening + momentami było mega zabawnie. Pod spodem możecie posłuchać złotego komentarza Gabrysi, odnośnie posegregowanych przez nas nasion.


    Natalia razem z Panią Judy pracowała przy Morindze. Dokładniej mówiąc zbierała liście mlecza, płukała je wodą i suszyła, prowadząc jednocześnie z Judy żywą konwersacje. Zosia ze względu na gorsze samopoczucie czerpała dzisiaj siły w naszej stacji odpoczynkowej.

    Po pracy zjedliśmy na obiad fasolę, połączoną ze smażonymi bakłażanami, zrobiony przez ks.Dawida i Kubę.

    ZABAWA Z DZIEĆMI

    Po 14 standardowo wybraliśmy się do dzieci. Na start Ania,Natalia,Gabrysia i ks.Dawid poszli do 2-3 letnich Valendosków, a Julka, Kuba i ja do grupy 5 letnich chłopców. W młodszej grupie zabawa trwała w najlepsze, od placu zabaw po maczanie patyków,liści butów w dużej kałuży. Warto również dodać, jak zauważyła Gabrysia, nikt nie wpadł do tej kałuży, także mimo wszystko myślę,że dzieciaki całkiem sprytnie podeszły do tematu.

    W naszej grupie 5 latków, jak zwykle było sporo energii, przywitali nas z radością, co było bardzo urocze, chociaż ciężko im było zrozumieć, że zarówno ja jak i Julka mamy tak samo na imię. Z ciekawostek pare razy zamknęli mnie w więzieniu, chcieli bawić się z nami w zabawę, w której zasad niestety do tej pory nie jesteśmy w stanie zrozumieć. Chwile potańczyliśmy i pośpiewaliśmy. Graliśmy również w coś typu limbo, tylko zamiast liny użyliśmy rąk Julki i moich. Oprócz tego Kuba obstawiał zabawę z piłkami oraz berka. W skrócie tak jak do tej pory, było dziko i jednocześnie uroczo.

    Później udaliśmy się standardowo do grupy trochę starszych(ale nie najstarszych) dziewczyn.
    Kuba jak zwykle prowadził zabawy z piłką, ks.Dawid również należał do teamu piłki lub plastikowych grzybków, co świetnie się łączy bo grzybkami można łapać piłki! Natalia grała z dziewczynkami w karcianke i piłkę nożną, a reszta, czyli Gabrysia,Ania, Julka i ja leciałyśmy z Zumbą. Muszę przyznać, że po tygodniu przerwy wyszłam z wprawy i naprawdę szybko się męczyłam. Generalnie trochę żenada, ale co zrobić. Dziewczynki próbowały nauczyć mnie również ich dzikiego tańca, co nie ukrywam szło mi naprawdę opornie. Na pożegnanie powiedziałam, że może następnym razem pójdzie mi lepiej, także mam czas najprawdopodobniej do niedzieli, bo jutro ze względu wyprawę do Lusaki u nich nie będziemy. Nie będę może więcej spoilerować, w końcu jutro Kuba Wam to opisze. Z fun faktów Natalia nie wiadomo jakim cudem pomyliła przez chwilę ks.Dawida z jedną ze starszych dziewczyn. Uwaga uwaga, co ciekawe praktycznie jedyne co ich dziś łączyło to kolor koszulki, także bardzo nas to bawiło. Ogólnie jak pewnie się domyślacie w ogóle nie są do siebie podobni. Na szczęście w miarę szybko się zorientowała, więc nie zdążyła do żadnego z nich się błędnie zwrócić. Po zabawie wraz z dziećmi wybraliśmy się na wspólną modlitwę do kaplicy.

    WIECZÓR
    Po powrocie Kuba zrobił nam popcorn, ja przyniosłam żelki i ciastka z walizki, Zosia zrobiła herbatkę, także był mega wypas. Jak to Ania powiedziała normalnie jak w dzień dziecka. Niestety po drodze wydarzył się mały wypadek, w postaci zbitej pokrywki na patelnie, także niestety nie obyło się bez strat. Cytując Gabrysie „To wszystko wina popcornu”.

    Jedliśmy również kiwano, które miało być przepyszne, a okazało się bardzo gorzkie. Bardzo możliwe, że zerwaliśmy po prostu jeszcze nie dojrzałe owoce. Całkiem zabawna sprawa, bo po kolei nabieraliśmy się wzajemnie, że to mega dobre i następne osoby, które sukcesywnie przychodziły do kuchni muszą tego spróbować.

    I tak właśnie minął nam dzień, aktualnie razem z Gabrysią korzystamy z uprzejmości Ojców, a co za tym idzie siedzimy sobie w pokoiku z WiFi, dzięki czemu pojawił się dzisiejszy blog.

    PS Jako, że to mój ostatni blog przede wszystkim dziękuję czytelnikom, którzy śledzą nasze poczynania. To bardzo miłe i motywujące! Inspirując się wczorajszym wpisem Ani, krótko podsumowując ten wyjazd(mimo, że jeszcze się nie skończył) to jest naprawdę wyjątkowe przeżycie, które z pewnością zostanie ze mną i będzie pracować we mnie jeszcze długo po powrocie. Dużo lekcji, nowe perspektywy patrzenia na rzeczywistość, a przede wszystkim wdzięczność. Zgadzam się z tym, co napisała wczoraj Ania myślę, że zdecydowanie więcej tu otrzymałam niż dałam. Szkoda mi czasu, który przeleżałam w łóżku, podczas choroby. Chociaż kto wie może ta choroba to też wbrew pozorom szczególnie cenna dla mnie lekcja?

    Pozdrawiam wszystkich serdecznie!

    Julietta(Julia L)

  • Dzień 19: Zabawy sensoryczne na polu

    Dzień 19: Zabawy sensoryczne na polu

    Witajcie z tej strony Ania, zanim opiszę wam dzisiejszy dzień to chciałabym przekazać bardzo ważna wiadomość a mianowicie to, że dzisiaj są urodziny mojego chłopaka z tego powodu składam ci Adasiu wszystkiego najlepszego!❤️

    Dzisiejszy dzień standardowo tak jak w poprzednich dniach zaczęliśmy od Mszy Świętej o 6:30, następnie śniadanie (oczywiście była jajecznica) i praca na polu. Razem z Natalią, Gabi, Bercią i Zosią poszłyśmy na grządki. Nasza szefowa Rut dała nam dużą zieloną mate na której siedziałyśmy i naszym zdaniem było odrywanie od wysuszonych roślin nasiona. Natalia nazwała tą pracę zabawami sensorycznymi. Niestety Zosia nie była z nami za długo, ponieważ dostała za zadanie zbierać liście mlecza (ku naszemu zdziwieniu okazało się że tutaj się je je) a następnie udała się tam gdzie rośnie moringa i tam myła liście mniszka lekarskiego. Udało nam się zebrać nasiona koperku, okry i groszku gołębiego. W trakcie pracy mieliśmy chwilę przerwy, a później odwiedził nas Peter ze swoim kolegami (których ktoś nazwał inżynierami i bardzo przyjęło się u nas to określenie). Czas nam umilały rozmowy z naszą szefową między innymi o tutejszych zwyczajach, roślinach i pogodzie. Dowiedziałyśmy się że już najzimniejszy czas w roku za nami, ponieważ jest on w czerwcu i lipcu a teraz już powoli robi się coraz cieplej. Najcieplej będzie w październiku i wtedy też jest najwięcej owoców np banany, których teraz niestety nigdzie nie możemy znaleźć. Uczyliśmy się z nią również słów w języku njanja np ,,Zina łako diłe dani” to znaczy jak masz na imię (jest to zapis fonetyczny)

    W tym czasie ks Dawid i Kuba wycinali płytki na tabliczki do opisywania grządek i wbijali w ziemię wcześniej wycięte paliki do których później przyczepiali tabliczki.

    Po pracy na polu czas na chwilę odpoczynku i obiad. Tym razem była carbonara przygotowana przez Gabi i Juliette. To czy było to dobre jest kwestią sporną (mi smakowalo), ale na szczęście (chyba) każdy się najadł, a spalony garnek udało się w końcu umyć. Po posiłku tak jak zawsze byliśmy w domu dziecka. Ja, Gabi i ks Dawid byliśmy u grupy 5 letnich chłopców. Standardowo chłopcy rzucili się na piłki i zaczęła się zabawa. Biegaliśmy, graliśmy w piłkę nożną oraz w inne dziwne zabawy jedną z nich niestety było rzucanie we mnie piaskiem (pomimo moich wielu upomnień, że nie wolno), a na końcu jeden chłopiec oblał mnie i Gabrysie wodą. Pozostała część z nas była u grupy valendo. Po tym wszyscy udaliśmy się do grupy dziewczyn, gdzie również graliśmy piłkę nożną, zbijaka, dysk, skakanke i wiele innych. Wyjątkowo dzisiaj nie było tańców.


    Po wizycie u dzieci była krótka przerwa na kawę i herbatę z moringi, która upolowała dla nas dzisiaj Zosia. Tą herbatkę można robić z suszonych całych lub zmielonych liści. My mamy zmielone i wygląda to jak matcha i nawet trochę tak pachnie i smakuje, dlatego nazwałam tą herbatkę afrykańską matchą.

    Z kawusią w ręku część z nas podziwiała zachód słońca i rośliny w trakcie spaceru na pobliskie jezioro.

    Wróciliśmy na kolację na której poza tym co zawsze Gabrysia zrobiła dla nas afrykański budyń o smaku waniliowym (który smakował jak karmelowy).

    Ostatnim punktem dnia były nieszpory, czas na internet i pisanie bloga.

    To jest mój ostatni blog i mimo że jeszcze sporo czasu przed nami, to pozwolę sobie na malutkie podsumowanie tego co było do tej pory. Minione dni spędzone na afrykańskiej ziemi były dla mnie bardzo intensywne i jestem ogromnie wdzięczna, że miałam możliwość uczestnictwa w tym doświadczeniu misyjnym. Każda chwila spędzona z dziećmi jest cennym darem i naprawdę ciężko opisać jak bardzo jest to cudowny czas, który pokazuje mi jak cenna jest po prostu obecność i uśmiech, mimo że czasami dobór słów jest ograniczony lub dzielą nas inne bariery to sam fakt bycia obok daje mnóstwo radości. Poraz kolejny doświadczam tego że o wiele więcej otrzymałam od tych dzieci niż ja im dałam.

    Pozdrawiam cieplutko z Afryki (mam nadzieje, że jeszcze kiedyś tu wrócę)

  • Dzień 18: Dalej czosnek

    Dzień 18: Dalej czosnek

    Ten dzień zaczęliśmy standardowo jak na ten tydzień od Mszy Świętej w nowicjacie u Sióstr Służebniczek o godzinie 6:30. Następnie było śniadanie i przygotowania do pracy na farmie. Kuba i ksiądz Dawid dzielnie kontynuowali rąbanie drewna na paliki. Ania i Natalka dostały dzisiaj zadanie pielenia grządek z miętą. Utrudnieniem było to, że chwastów było zdecydowanie więcej i ich kolor nie pomagał w wyszukiwaniu mięty, która miała pozostać na swoim miejscu. Ja razem z Julką Berą i Zosią dokończyłyśmy wreszcie wykrywanie czosnku, z którym mierzyłyśmy się od poniedziałku. Praca ta wymagała wiele siły i w trakcie jedna łopatka odczuła tego skutki. Została ona wymieniona na inną, która przeżyła reszte pracy. Podczas wyrywania czosnku towarzyszyły nam także żaby, które co jakiś czas wyskakiwały z ziemi, akurat wtedy kiedy była moja kolej na kopanie. Mogłyśmy też doświadczyć pracy z różną ilością rękawiczek, ponieważ dzisiaj Zosia miała założone dwie, Julka jedną, a ja żadnej (być może przez to zrobił mi się ten serduszkowy bąbel). W trakcie szukania czosnku Julka miała także przerwę na rozprostowanie nóg w postaci podlewania drzewek. Julietta dalej zdrowieje, więc nie było jej dzisiaj jeszcze na polu.

    Po pracy przyszedł czas na obiad, który robiły Ania i Natalka. Zrobiły one wybitny makaron z pomidorami i szpinakiem świeżo zrywanym z pola. Zdobył on swoich fanów, ale także przeciwników, którzy nie przepadają za tym szpiankiem albo twierdzą, że był w nim piasek, ponieważ coś chrupało im pod zębami. Z obiadu zostało trochę szpinaku, więc myślę że będziemy go jeść przez następne kilka dni. Ja osobiście jestem fanką dzisiejszego dania. Na deser ksiądz Dawid poczęstował nas cukierkami jeszcze z Polski.

    Po jedzeniu ruszyliśmy do domu dziecka. Mieliśmy okazję być u dzieci z niepełnosprawnościami. Śpiewaliśmy i wspólnie śmialiśmy się do muzyki puszczanej przez Julkę Bere. Były także zabawy z bieganiem w górę i w dół po podjeździe do altanki, w której byliśmy. Ksiądz Dawid i Kuba byli w tym czasie w najstarszej grupie chłopaków, z którymi grali w piłkę.

    Zmęczeni po całym dniu i w oczekiwniu na kolacje, zjedliśmy soczystego ananasa. Na kolację mieliśmy jajecznicę, której dzisiaj jeszcze nie było. Następnie nastąpiły nieszpory i wspólne rozmowy o naszych bajkach z dzieciństwa.

    Dobranoc wszystkim.

    Gabi

  • Dzień 17: Wrzące żale

    Dzień 17: Wrzące żale

    Dzień zaczął się od Mszy Świętej w nowicjacie u Sióstr Służebniczek o 6.30, potem zjedliśmy pyszne śniadanie (jajecznica z boczkiem i cebulą) zrobione przez księdza Dawida i Julkę Bere, żeby o 8 już być na farmie. Dziś tak jak przez ostatnie dni moim i księdza Dawida zadaniem było zrobienie palików z drewna o wysokości około 1,20 m zaostrzone na końcu, żeby można było je wbić przy grządkach z nazwą rośliny, która tam rośnie.

    Cała praca polega na tym, że musimy znaleźć odpowiednio proste drzewo, z którego będzie się dało zrobić jak najwięcej palików i ścinamy je po czym odmierzamy 1,20 m i rąbiemy, a na końcu ostrzymy z jednej strony. Zrobiliśmy dziś 26 palików zostało jeszcze 24, bo na farmie jest 100 grządek do opisania. Dziewczyny w tym samym czasie zbierały chilli, a następnie kończyły wyrywać czosnek (nie skończyły).

    Po farmie, ale przed obiadem dzbanek stwierdził, że ma nas dosyć i postanowył wylać (dosłownie) swoje wrzące żale na Zosie, ale spokojnie Sofia żyje.

    Po ostudzeniu atmosfery zjedliśmy obiad, również robiony przez księdza i Julkę. Dziś serwowali gulasz z mięsem (nie pamiętam co to za mięso) i z dodatkiem czosnku warzyw i pastą, podane z ryżem.

    Po bardzo sytym obiedzie poszliśmy do dzieci. Byłem z Anią w drużynie i stęskniliśmy się za 5 latkami dlatego poszliśmy do nich, a reszta bawiła się z „Valendosami”. Nasze zabawy obejmowały piłkę w każdej możliwej wielkości kopaną, rzucaną; ogólnie full service. Oczywiście na końcu wszyscy poszliśmy do dziewczyn z St. Martin’s House, gdzie były tańce, śpiewy i gry z piłkami.

    Na koniec dnia wieczorne rozmowy, spacer o zachodzie słońca na cmentarz i pyszna kolacja z postaci fasolki po bretońsku, ale nie do końca. W każdym razie była tam fasola. Przed chwilą odmawialiśmy jeszcze wspólnie nieszpory i tym sposobem dotarliśmy do momentu gdy siedzę i to piszę. Plan na następne parędziesiąt minut jest taki, żeby wrócić do pokoju i iść spać, ale jak wyjdzie zobaczymy.

    PS. Julietta czuje się coraz lepiej. Przewidujemy, że za dwa dni wróci do pełni sił.

  • Dzień 16:Bąbel w kształcie serca.

    Dzień 16:Bąbel w kształcie serca.

    Dzisiejszy poniedziałek był moim pierwszym pełnym dniem po przybyciu do Kasisi. Zimny poranek – około 9 stopni. Zaczęliśmy od Mszy Świętej w kaplicy nowicjatu Służebniczek o 6:30.

    tak, wczesne poranki są bardzo orzeźwiające…

    potem szybkie śniadanie i do pracy od 8:00.

    Obrazek posiada pusty atrybut alt - plik: 0969160D-88E7-43AD-BD0E-F75E5BBFC201-768x1024.jpg

    Gabrysia dzielnie wyrywała czosnek, tak dzielnie ze nabawiła się tytułowego bąbla o serduszkowym kształcie.

    Obrazek posiada pusty atrybut alt - plik: serduszko-768x1024.jpeg

    ta niespodzianka objawiła się wieczorem przy kolacji.

    Obrazek posiada pusty atrybut alt - plik: bd429297-9ec2-4790-956a-af02136abbcc-1024x768.jpg

    Ania i Natalia wyrwały się do czyszczenia stawów do narybku tiliapi. tak- to „popularna” ryba w Polsce. Tutaj ojcowie na farmie prowadzą rozród i hodowlę młodego narybku. Jest to początkowe stadium inwestycji, więc jest sporo pracy. Jak widać dało to dziewczynom sporo radości.

    Obrazek posiada pusty atrybut alt - plik: cd7f8cbb-3781-4b72-ab1b-e842e5d9188a-768x1024.jpg

    ciekawe na ile to nowa praca, a na ile nowe przebranie w „wodery”

    Zosia poszła do kurek…

    Obrazek posiada pusty atrybut alt - plik: 2b912bb7-ba84-4a12-966f-a078787af011-1024x768.jpg

    To jednak nie było łatwe wyzwanie. Takie czyszczenie grzęd w kurniku dla 600 niosek.

    Obrazek posiada pusty atrybut alt - plik: 134a2193-8583-45b0-b49e-17a6b381f187-1024x768.jpg

    tu jak widać już uporządkowane grzędy…

    Obrazek posiada pusty atrybut alt - plik: 51a76086-e774-443a-a092-f98600b5be1e-768x1024.jpg

    a tu nowe „koleżanki”Zosi.

    Jakub i ja poszliśmy w „las”, tzn szykowaliśmy paliki do oznaczenia grządek.

    Obrazek posiada pusty atrybut alt - plik: sasiedzi-1024x768.jpeg

    tak minął poranek tego dnia.

    Potem z Zosią i ojcem Tadeuszem udaliśmy się na zakupy. Na cały tydzień. Sami sobie gotujemy- chyba po raz pierwszy w dziejach doświadczeń misyjnych AKMu. To niemałe wyzwanie, ponieważ, trzeba się zmieścić pomiędzy pracą na farmie i pracą z dziećmi w sierocińcu. Mamy na to 2 godziny.

    Obrazek posiada pusty atrybut alt - plik: WhatsApp-Image-2026-08-03-at-22.16.18-1024x768.jpeg

    Tutaj już wracamy z zakupami i Zosia ich pilnowała na pace.

    na trasie można było zaobserwować ciekawe plakaty przedwyborcze.

    Obrazek posiada pusty atrybut alt - plik: WhatsApp-Image-2026-08-03-at-22.16.19-1024x768.jpeg

    brzmi znajomie?

    jednak jedzenie samo się nie zrobi.

    Obrazek posiada pusty atrybut alt - plik: WhatsApp-Image-2026-08-03-at-22.16.17-768x1024.jpeg

    taki pomocnik towarzyszył nam w kuchni, ale długo nie pożył, ponieważ zaraz podano posiłek…

    Obrazek posiada pusty atrybut alt - plik: WhatsApp-Image-2026-08-03-at-22.16.21-1024x768.jpeg

    tutaj każde białko jest cenne…

    po obiedzie przyszło szybkie sprzątanie i wyprawa do sierocińca

    tutaj spotkania z dziećmi, od pierwszego roku życia do nastolatków.

    To jak te dzieci łakną miłości. Historia każdego z ich rozdziera serca. Takie miejsca zawsze rodzą pytania o sens ich istnienia. Jednak przypominają o tym, że dzieci najbardziej potrzebują akceptacji i miłości.

    Obrazek posiada pusty atrybut alt - plik: 79E73656-FD8E-4A63-9770-66E2C0C035D5-884x1024.jpg

    Natalia bawiła się w Małysza.

    Jednak tym postanowiliśmy oszukać system szykowania jedzenia i przyszykować najbardziej pracochłonne zadania dzień wcześniej. Jako, że jutro z Julią mamy dyżur gotowania, przygotowaliśmy boczek z cebulą do jajecznicy i ugotowaliśmy gulasz wołowy. Po raz pierwszy życiu.

    jutro okaże, że na ile to był dobry pomysł;)

    Obrazek posiada pusty atrybut alt - plik: IMG_7436-1-768x1024.jpeg

    Tak minął ten kolejny intensywny dzień. Teraz już o 23:18 pozostaje kończyć tego szybkiego bloga i iść spać. jutro o 5:45 pobudka, aby zdążyć na Mszę o 6:30.

    dobrej nocki i z Bogiem.

    Fada Dejwid, czyli ks. Dawid.

  • Dzień 15: Welcome father David

    Dzień 15: Welcome father David

    Dzisiejszy dzień zaczął się wyjątkowo później niż zazwyczaj. O godzinie 9.00 zjedliśmy śniadanie i udaliśmy się na Mszę Świętą, która tym razem odbywała się niedaleko naszego domu w otoczeniu przyrody, przy szumie drzew.
    Msza święta była wyjątkowo krótka jak na afrykańskie zwyczaje trwała zaledwie 1.45h. Nie zabrakło jednak śpiewów i tańców. Dzięki uprzejmości dyrygenta chóru mieliśmy także okazję, aby po mszy spróbować swoich sił w grze na bębnach. Co prawda część chórzystów śmiała się z naszych umiejętności, ale jesteśmy przekonani, że to kwestia kilku prób i będzie lepiej:)

    Po Mszy Świętej przyszedł czas na tradycyjną niedzielną kawusię w towarzystwie gier planszowych. Tym razem w bierki wygrał Kuba,a w double ja:)
    Natalia wraz z Gabrysia oraz ojcem Tadeuszem pojechali odebrać z lotniska księdza Dawida, którego serdecznie witamy w naszym zacnym gronie. W drodze z lotniska udało się także kupić po drodze siatkę pomidorów na przydrożnym ryneczku.

    W tym czasie Zosia ugotowała nam najlepszą zupę serową jaką w życiu jedliśmy.

    Po obiedzie udaliśmy się do dzieci. Tym razem to one próbowały nas nauczyć tańca i śpiewu. Nie zabrakło także kilku meczów piłkarskich, rugby, a także wizyt w salonie fryzjerskim. Dodatkowo dzieci z ogromnym zainteresowaniem zauważyły zmiany w wyglądzie Natalii- nie umknęło ich uwadze, że pomalowała rzęsy.

    Ale to jeszcze nie koniec dzisiejszych atrakcji.
    Ekipa spacerowa w składzie Zosia, Gabrysia, Ania, Kuba i ja udała się nad jezioro. Mieliśmy okazję podziwiać piękne krajobrazy zachodzące słońce, namioty, ręcznie wykonany port(ze śmieci), przyrządy do łowienia ryb i inne. Każdego dnia zwiedzamy co raz to dalsze zakątki terenu.
    Podczas wyprawy Zosia przymierzała kalosze, Ania pełniła rolę fotoreportera, Kuba próbował sprawdzić jak głębokie jest okoliczne bagno białymi butami, a Gabrysia próbowała wypatrzeć
    łosie, jelenie, sarny, dziki, borsuki i inne dzikie zwierzęta, które zostawiały swoje ślady. Niestety nie udało się ich zidentyfikować.

    Kolacja, nieszpory, miłe rozmowy i tak upłynął wieczór i poranek dzień 15.

    PS ksiądz Dawid przywiózł nam z Polski prawdziwe skarby- 1 kg kabanosów i ptasie mleczko. Znikają w zaskakująco szybkim tempie.

    PS Natalia nadal śpi, sobotni blog pojawi się jutro.

    Z wyrazami szacunku,

    Julia zwana Julią Berą

  • Dzień 14: Sobotnie spanko

    Dzień 14: Sobotnie spanko

    Szanowni Czytelnicy – Natalia śpi więc pozdrawiamy serdecznie za nią i obiecujemy, że jutro coś do Was napisze o dzisiejszym dniu.

    Śpij dobrze Natalko – idziemy wziąć z Ciebie przykład.

    /Zosia, Julietta i Gabrysia




    Przepraszam za zwłokę! Tak jak mnożna było zauważyć, sen to była mocno towarzysząca mi rzecz w ten sobotni dzień. Ale nie tylko mi! Wspólnie podjęliśmy decyzję, że sobotnie przedpołudnie przeznaczymy na nadrobienie niedoboru snu oraz na regenerację sił.

    Zanim to nastąpiło, udaliśmy się na godz. 7:00 na Mszę Świętą do Domu Dziecka. Po niej zasiedliśmy do wspólnego stołu i zjedliśmy (ku już niczyjemu zaskoczeniu) jajecznicę. Pożywieni i ze zmęczeniem wymalowanym na twarzy ruszyliśmy do pokojów przebrać się na 2-godzinny blok czasowy z dziećmi. W międzyczasie Zosia wstawiała pranie, natomiast ja do niej podeszłam w celu dorzucenia kilku swoich rzeczy. Wracając do mojego pokoju, widziałam jak już przebrane i gotowe Ania oraz Julka drzemią na fotelach znajdujących się na korytarzu. Dlatego zasugerowałam nasze zapotrzebowanie na jakiś odpoczynek (którego czułam, że też bardzo potrzebuję). Zatem postanowiliśmy, że zostaniemy i wybierzemy się do naszych pokojów, aby zająć pozycje horyzontalne w naszych łóżkach na następnych kilka dłuższych chwil. Dzięki temu były nadzieje w narodzie, że po południu przybędziemy do sierocińca z większą energią.

    *Nie byliśmy umówieni z żadną konkretną grupą dzieci na ten przedpołudniowy czas, także żadne potencjalne dziecięce obietnice ani ustalenia nie zostały przez nas złamane.

    Jak się okazało ta energia była nam bardzo potrzebna. Po południu udaliśmy się do dzieci z niepełnosprawnościami, a wiązało się to z potrzebą sił w rękach. O godz. 14 dzieci mają czas na dworze, każde na swoim podpisanym wózku jest wywożone prze swoje Mummy’s na zewnątrz. Tym razem to każdy z nas chwycił za jeden i w rytm muzyki robiliśmy liczne kółka i slalomy na pobliskim ogródku. Dzieciom najbardziej przypadła do gustu piosenka „jeśli jesteś szczęśliwy, klaśnij w dłonie”. Było sporo uśmiechów, okrzyków radości, a także spalonych przez nas kalorii. Czuję, że ten około 1,5-godzinny czas dużo mnie nauczył. Są to ludzie mający ograniczoną możliwość komunikacji, nie mogący w jakikolwiek sposób funkcjonować niezależnie, ludzie, którzy mogłoby się wydawać, że nie wiele mogą wyrazić. Ja w tę sobotę doświadczyłam, że naprawdę wyrażają dużo. Ale w jaki sposób? Poprzez oczy. Uważam, że oczy (a także uśmiech) to fascynujące dary dzięki, którym można dostrzec w drugiej osobie głębię. Da się wyraźnie dostrzec taką głębię człowieka, który może być (mogłoby się często wydawać) zupełnie inny od nas ze względu na np. kolor skóry, rysy twarzy, barwę głosu, język, którym się komunikuje albo właśnie znaczną niepełnosprawność. Po spojrzeniu i mimice można łatwo dostrzec jak jesteśmy do siebie podobni. Nawet jakby inni sugerowali nam, że się różnimy, to ja widzę, że jesteśmy bardzo podobni. Ten sobotni czas przypomniał mi o tym, aby skupiać się właśnie na uśmiechu i oczach, w których zawsze widać światło i cząstkę ludzkości, którą jesteśmy obdarzeni przez naszego Stwórcę.

    Wróciliśmy do naszego domu i odczytaliśmy wiadomości od naszych drogich księży (x. Jana oraz x. Dawida), którzy właśnie przebywali trasę 7500 km z / do Zambii. Stale dostawaliśmy od nich informację nt. etapów ich podróży.

    Zosia oraz Kuba skorzystali z usług Gabrysi (studentki ratownictwa medycznego), mianowanej przez nas medykiem, a czasami pigułą (taki żarcik). Szkolne pielęgniarki słyną z podawania kropli żołądkowych na jakiekolwiek objawy chorobowe, natomiast nasza Gabrysia z naklejania tape’ów. Czy działa? Podobno tak, chociaż ja jeszcze z tych usług nie skorzystałam.

    Dzień zakończyliśmy zjedzeniem kolacji (o dziwo bez jajecznicy) oraz oglądaniem tanecznych występów Julietty sprzed prawie 10 lat, a po tym wszystkim, także nieszporami.

    Oj męczący i intensywny jest dla mnie ten czas w Afryce. Dodatkowo, już wiem, że nie warto zaniedbywać snu, ponieważ potem organizm chce nadrabiać poprzez spanie kilkanaście godzin w przeciągu doby. Czy wyciągnę z tego wnioski? Możliwe, że nie, ALE warto próbować.

    Pozdrawiam
    Natalia

    PS Odnosząc się do przyszłości i niedzielnego bloga Julii – mój „makijaż” to było jedynie nałożenie maskary na rzęsy (!), nie sądziłam, że wzbudzi to tyle emocji wśród dzieci. Ale najważniejsze, że mnie poznały, prawda?

  • Dzień 13: Go to Niniwa

    Dzień 13: Go to Niniwa

    Dobry wieczór, z tej strony kolejny raz Julietta(Julia Leśniak tak dla przypomnienia). Natalia prawie, że płacze ze szczęścia, z racji tego, że jej dzieło w postaci tego pseudonimu dalej jest używane na blogu.

    Moje samopoczucie zdecydowanie się poprawiło, a więc z odzyskanymi siłami wróciłam dziś do codziennych aktywnosci.Dzisiejszy dzień standardowo rozpoczęlismy od Mszy Świętej. Tym razem udaliśmy się do domu dziecka Sióstr Służebniczek na godz. 7.00, dzięki czemu mogliśmy chwilę dłużej pospać. Zdecydowaliśmy się na tą msze, ponieważ wczoraj ks.Jan z racji dzisiejszego wyjazdu do Polski dostał od Sióstr zaproszenie na wspólne śniadanie po mszy.

    Po Eucharystii zjedliśmy śniadanie, po czym wybraliśmy się na farmę. Mieliśmy stawić się na polu o 8.15, jednak niestety nie udało nam się wyrobić, a co za tym idzie kolejny raz zaliczyliśmy drobne spóźnienie.Tym razem pracowaliśmy w trzech grupach. Natalia, Julka i Ania pieliły grządki, Zosia i Gabrysia pracowały przy Morindze, a ja z Kubą obcinalismy drewno(do oznaczenia grzadkow). Właściwie to Kuba je obcinał, a ja szukałam odpowiednich kawałków drewna oraz przytrzymywalam mu kije podczas ich odcinania. Niestety nie mieliśmy piły, tylko maczetę,więc robota szła naprawdę opornie. Mimo wszystko ja osobiście świetnie się bawiłam, jednak wiadomo moje zadanie było znacznie mniej obciążające. Próbowałam pare razy łupać to drewno, jednak szło mi zdecydowanie gorzej, a w dodatku dużo szybciej traciłam siły. Podczas pracy słuchaliśmy/trochę śpiewaliśmy(w sumie chyba tylko ja spiewałam) pieśni uwielbieniowe, co w mojej ocenie dodało wiele radości. Nie obyło się również bez drobnych skaleczeń, przez co musieliśmy wykonać każdy po jednej podróży do naszego domu, aby opatrzyć rany. W skrócie sytuacja opanowana.


    Natalia, Julka i Ania wypieliły już prawie wszystkie grządki, także ogromne brawa należą się naszym dzielnym koleżanom. W między czasie cytując Julkę dziewczyny poruszyly poważne, życiowe tematy

    Zosia i Gabrysia również wykonały dziś kawał dobrej roboty.Nawet prowadzące Panie puściły je wcześniej do domu, ze względu na wypielone grządki Moringi w naprawdę szybkim tempie. Z fun factów jedna z Pań przeraziła się na widok Zosi w krótkich spodenkach,a co za tym idzie dała Zosi materiał/ręcznik w sumie ciężko mi powiedzieć co to konkretnie jest. W każdym razie widać to na zdjęciu poniżej no i wiadomo sytucja profesjonalnie opanowana.

    Planowo oraz w praktyce skończyliśmy prace 25 minut przed godziną 12, aby pożegnać ks.Jana przed jego wyjazdem. Z tego miejsca chciałabym pozdrowić ks.Jana oraz w imieniu całej grupy podziękować za posługę, którą wypełnił na tym wyjeździe. Przede wszystkim za każdą odprawioną msze, poprowadzoną modlitwę, aktywną obecność w naszym gronie, mnóstwo rozmów i wiele innych kwestii, za które należą się podziękowania. W skrócie dziękujemy za wszystko. Na pożegnanie zaśpiewaliśmy ks.Janowi piosenkę, której nauczyły nas dzieci z Domu dziecka. Pod spodem zamieszczam filmik,a więc zapraszam do odsłuchania.


    Tekst trochę zmieniliśmy, ponieważ w oryginale śpiewanym przez naszych młodszych towarzyszy druga zwrotka rozpoczyna się od „Go to niniwa”. Pamiętajmy jednak, w szczególności Drodzy Rodzice oraz Bliscy mimo, iż czekamy jeszcze na naszego kolejnego opiekuna ks.Dawida bez obaw, mamy w sąsiedztwie Ojca Tadeusza oraz Siostry, do których zawsze możemy zwrocic się o pomoc.

    Na obiad zjedliśmy dziś przepyszne naleśniki zrobione przez Natalie oraz Julkę, zwaną Julką Berą, po czym podzieliliśmy się na grupy oraz udaliśmy się na zabawę z dziećmi.

    Przechodząc do zabawy z dziećmi, tym razem Julka,Ania i Natalia poszły do 2-3 letnich maluchów, zwanych przez nas Valendo(krzyczą tak praktycznie za każdym razem, gdy nas widzą+ jest to bardzo urocze).Odrazu dodam,że Valendo znaczy goście. Kuba i Gabrysia wybrali się do grupy 5 letnich chlopców, a ja z Zosią do starszych dziewczynek. Maluchy szybko poszły się myć, więc po krótkim czasie Julka doszła do nas, a Ania z Natalia odwiedziły 5 latków. W naszej grupie rozpoczelismy zabawami z chustą i małymi piankowymi piłeczkami, po czym płynnie przeszłyśmy do skakanki. Dzieci radziły sobie znakomicie na skakance, jednak, gdy wytypowały mnie i Zosie do skakania sytuacja się drastycznie zmieniła. W skrócie trochę nam nie szło, ale grunt, że się starałyśmy prawda? Gdy dołączyła do nas Julka(specjalistka od Zumby) rozpoczęlismy blok taneczny, czyli to co chyba dzieciaki lubią najbardziej. Następnie, korzystając z plastikowych grzybko-pacholków wystukiwaliśmy razem z dzieciakami rytm różnych piosenek, czemu w większości przypadków towarzyszył również śpiew. U 5 latków w okolicy pojawiła się żaba, co bardzo podekscytowało dzieciaki. Nie dużo czasu minęło, aż same postanowiły stać się żabami, poprzez naśladowanie charakterystycznych dla żab skoków. Oprócz tego, jak zawsze było bardzo energicznie, chłopcy bardzo zainteresowali się okularami Ani, pare razy nawet postanowili je zdjąć z jej oczu, aby dokładnie je obejrzeć (naszczęście dalej są w całości). Standardowo, gdy grupa 5 letnich chlopców poszła się myć cała nasza ekipa znalazła się u starszych dziewczynek, dzięki czemu mogliśmy podzielić się na więcej grup. Oczywiście było stanowisko do gry w piłkę nożną, od czasu do czasu pojawiały się zabawy z chustą, była nawet gra w koszykówkę (bez kosza), rzucanie freezby, śpiewanie + wystukiwanie rytmu, tańce i nowość, powstał nawet Afrykański salon fryzjerski. Dzieciaki odgrywały w nim rolę fryzjerów, a Zosia była oddaną klientką. Dzieciaki robiły jej mini warkocze, a na koniec z braku wystarczącej liczby czasu powstał wysoki kitek na cebulkę.Po zabawie udaliśmy się z dzieciakami na wspólną modlitwę do kaplicy, przed którą zaczepili mnie chłopcy z grupy 5 latków. Powiedzieli mi, że za mną tęsknią, co bardzo mnie rozpoczulilo i zmotywowało mnie, aby przy najbliższej okazji wybrać się właśnie do nich.

    Niestety pod koniec zabawy zaczęłam znów gorzej się czuć, a dokładniej bolące gardło dało o sobie znać ze zdwojona siłą, więc niestety muszę powiedzieć, że przesadziłam rano z tymi odzyskanymi siłami, a następny dzień prawdopodobnie również będę musiała spędzić na odpoczynku. Po modlitwie Ania,Gabrysia i Zosia wybrały się na oglądanie zachodu słońca. Natalia, Julka, Kuba i ja potrzebowaliśmy odpoczynku, więc zostaliśmy w domu. My odpoczywaliśmy, a dziewczyny wybrały się na spacer nieznanymi nam jeszcze drogami. Zobaczyły nowy typ domów, przypominający namioty. W dodatku nawet udało im się porozmawiać z ich mieszkańcami, co z pewnością było dla nich mocnym przeżyciem.

    Od Ojca Tadeusza Zosia dowiedziała się, że są to rybacy, którzy łowią ryby od poniedziałku do soboty, a na niedzielę wracają do swoich domów.

    Tutaj jeszcze powyżej widzimy fotkę z podrabianym ananasem, znalezionym podczas spaceru. Resztę dnia spędziłam już na odpoczywaniu, pobieraniu leków i spaniu, więc to tyle ode mnie na dziś.
    Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytelników oraz życzę dobrego wieczoru!

    PS Przepraszam za opóźnienie!

    Julietta(Julia L)

  • Dzień 12: Wracamy do normalności…

    Dzień 12: Wracamy do normalności…

    Po mocnych, przyrodniczych przeżyciach w Livingstone czas wrócić do codzienności świata misyjnego. Codzinność, czyli różne niespodzianki w sprawach prostych i oczywistych.

    Dzień rozpoczęliśmy Mszą św. o godz. 6:30, ale nie w kościele parafialnym tylko w kaplicy nowicjatu Sióstr Służebniczek. Ta zmiana jest spowodowana remontem kościoła parafialnego (będą położone nowe płytki na posadzce).

    Następnie śniadanie i do pracy. Tutaj też nie wszystko było standardowo. Zosia zajęła się porządkami w busie po naszej trzydniowej wyprawie. Natali, Ania i Julia Bera starały się odróżnić zasiane warzywa od chwastów. Gabrysia, Kuba i ja kończyliśmy przygotwywanie kompostów.

    Zapewne zasatnawiacie się co z Juliettą?? Co jakiś czas zmęczenie, falcimar i inne okoliczności dają o sobie znać. Tym razem los padł nie na Macieja (jak to było w Dziejach Apostolskich), ale właśnie na Juliettę, w związku z czym przyszedł moment na zjazd do alei serwisowej.

    Nasza praca tego dnia miała różne oblicza. Po sprzątnięciu samochodu i zakończeniu akcji kompost-Zambia 2026, Zosia z Gabrysią przeniosły się w świat moringi, a Kuba i ja zabraliśmy maczety aby przygotowywać paliki, które posłużą do opisania grządek (możliwe, że relacje z tych działań pojawią się kolejnych dniach).

    Dołączam również film instruktażowy odnośnie do ubijania kompostu dla posiadaczy działek ROD.

    Po pracy czas na obiad, tym razem kuchnia zaserwowała pierś z kurczaka z ryżem i sosem śmietanowym (byliśmy kulinarnie wzruszeni!!!).

    Następnie powinno być bardzo prosto – dom dziecka i zabawy. Ale znów nastapiła mała korekta planów, ponieważ pojawiły się obchody środowych imienin s. Marty. Solenizantka ugościła nas pysznym tortem własnej produkcji.

    Potem przyszedł czas na zabawy z dzieciakami w różnych grupach wiekowych. Które zakończyliśmy wspólną modlitwą o godz. 17:00 w kaplicy domu dziecka.

    Dzień się kończy… więc czas na pobudkę – Julietta dzielnie przespała 18 godz. Mam nadzieję, że z VERVĄ niczym po tankowaniu na Orlenie rozpocznie nowy dzień pracy.

    Jeszcze nieszpory i kolacja, a wisienką na torcie były jeszcze wieczorne odwiedziny handlarza rybami. Jednak dziewczyny ze względu na „uczulenie na ryby” rezygnowały z przejęcia towaru drogą kupna.

    To by było na tyle. Czas szybko mija, zatem już jutro (w piątek) o godz. 15:10 startuje mój samolot do Polski, a w pasach startowych czeka już fr. David, który od niedzieli zacznie swoją zambijską przygodę.

    Błogosławię + fr. John

  • Dzień 11: Długa droga

    Dzień 11: Długa droga

    Prawie cały dzisiejszy dzień spędziliśmy w podróży do naszego domku w Kasisi. Wstaliśmy wczesnie na śnadanko, ale niestety nie na tyle wcześnie żeby zdąrzyć na czas, dlatego wyjechaliśmy o 6:15, czyli 15 minut spóźnienia. W trakcie naszej podróży był czas na spanko…

    modlitwe, integracje w postaci rozmów tych mniej i bardziej poważnych oraz czasu na postoje. W trakcie pierwszej naszej przerwie zjedliśmy zambijski specjał z kurczakiem lub wołowiną

    Po postoju wyruszyliśmy znowu w drogę, w trakcie której podziwialiśmy małe miasteczka tętniące życiem i afrykańskim klimatem.

    W trakcie drogi cały czas było mi ciężko przestawić się na to, że tutaj obowiązuje ruch po innej stronie niż u nas i za każdym razem gdy patrzyłam na mijające nas samochody, które i tak już były po drugiej stronie niż powinny to jeszcze nie było w nich kierowców (bo patrzyłam oczywiście na złą strone). Poza tym widzeilśmy wypadek, baobaby (pozdrawaim moją rodzinkę a zwłasza Henia, któremu obiacałam wysłać zdjęcia baobabów)

    malowanie pasów na drodze oraz pożar spowodowany wypalaniem buszu, który wywołał u nas dużo strachu i emocji, ale okazało się że jest to tutaj normalne. Następnie był kolejny postój, czyli czas na kawe i słodkie, ale okazało się że nasza droga jednak się przedłuży i lepiej coś zjeść, dlatego zamówiliśmy pizze. W trakcie oczekiwania na pizze zwiedzaliśmy teren należący do restauracji w tym plac zabaw.

    Spotkaliśmy tam Ojca Andrzeja, który jest jezuitą i prowadzi radio w Chikuni Mission.

    I po raz kolejny wyruszyliśmy w drogę, niestety ten odcinek zajął więcej niż planowaliśmy przez duże korki w Lusace, ale dzięki temu mogliśmy zwiedzić stolice poprzez drogę i widzieliśmy miedzy innymi meczet i wielką kurę.

    Bardzo ciekawym zwyczajem jest tutaj, że wszędzie ludzie stali na ulicy i próbowali sprzedać tym którzy byli w autach. Można było u nich kupić przeróżne rzeczy takie jak pomarańcze, banany, pomidory, trzciny, babusy, majtki, piłki, kable do telefonów, felgi do rowerów, węgiel drzewny i wiele innych.

    Po drodze podziwilaśmy zachód słońca. Naszym ostanim postojem były zakupy na które udałam się ja, Julka, Gabrysia i Kuba. Do naszego domku wróciliśmy o 19:40. Dzień zakończyliśmy najważniejszym wydarzeniem, czyli Mszą Świętą.

    To był bardzo długi dzień, dlatego zaraz po Mszy wszyscy udali się spać by zebrać siłę na kolejny dzień.

    Pozdrawiam cieplutko (z zimnej Afryki)

    Ania

    Ps Wyjeżdząjąc rano otworzyliśmy łazienkę Zosi i Gabrysi, ale Jerry się gdzieś schował, było widać tylko jak wygryzł zaklejony przez Zosię odpływ.

  • Dzień 10: Znowu mokro💦

    Dzień 10: Znowu mokro💦

    Dzień dobry, dzień dobry!

    Spotkał Was kiedyś śnieg w Afryce?

    …nas też nie ale rano było szalone 5 °C. Noc również nie należała do najcieplejszych. Tutaj pozdrawiam wspaniałą towarzyszkę w chłodzie – Gabrysię.

    No ale od początku, dlaczego mogliśmy doświadczyć tych 5 stopni…

    Śniadanie zaplanowaliśmy na godzinę 6 rano. Mimo rześkiego poranka wstaliśmy i zasiedliśmy wspólnie do stołu. Chwilę przed godz. 7:00 przyjechał po nas Charles. Charles, miły, sympatyczny, młody Afrykańczyk, który spędził z nami pół dzisiejszego, wspaniałego dnia.

    Charles zabrał nas na SAFARI. To był jeden (pierwszy) z kilku najważniejszych punktów tego dnia.

    Nie do końca wiem jak to się dzieje ale ja chyba przyciągam do siebie słonie. Zanim przyjechaliśmy, Fr Tadeusz wspomniał mi, że ciężko będzie zobaczyć słonia w Zambii… no coż, czasami tak się zdarza, nic na to nie możemy poradzić. Jak możecie się domyśleć – pierwsze zwierzę, które dzisiaj zobaczyliśmy to – SŁOŃ. No to dlaczego one tutaj są? Po prostu obecnie w Zimbabwe i Botswanie brakuje dla nich jedzenia i postanowiły przyjść do Zambii wcześniej – pewnie po jedzenie (zazwyczaj przychodzą około sierpnia/września)ale wszyscy wiemy, że głównym ich celem było zobaczenie nas. No to cóż – 4 słonie przed wjazdem do Parku Narodowego to chyba dobry start.

    Wjechaliśmy do Mosi-Oa-Tunya National Park. Zobaczyliśmy wg kolejności: małpy na dzień dobry, jeleniowate – pewnie antylopy, Pumba ( tzw. guziec), słonie, pawiany z dziećmi i bez, bawoły, zebry, małpy duże (pewnie pawiany), żyrafy, zebry, wielkiego ptaka, opustoszałą wioskę, żyrafę, /przerwa na postój i toaletę/ cmentarz, białe nosorożce, wielką jaszczurkę i słonie. Było też dużo „afrykańskich perliczek” oraz małych ptaków. (Tutaj bardzo dziękuję Ani, która właśnie podyktowała mi tę kolejność 🤍) Teraz parę ciekawostek a za momencik będzie kilka zdjęć. Po pierwsze: zebry są czarne w białe paski. Charles nam to wytlumaczył. Jeśli nie wiesz jaki kolor jest dominujący – patrzysz na nos. Zebry mają czarne nosy – są więc czarne w białe paski. Kolejną ciekawostką o zebrach jest to, że ich pasy są tak bardzo super, że jak biegną w stadzie, drapieżnikowi ciężko znaleźć jedną, bo się one zlewają ze sobą w jedną, dużą masę. Praktyczna rzecz. Dodatkowo dowiedzieliśmy się od Charlsa, że płeć słonia można rozpocznać po czole. Czoło samca jest bardziej koślawe – samica ma zaokrąglone.

    Pewnie każdy z naszych Szanownych Czytelników słyszał o „Wielkiej Piątce Afryki” (przypomnienie: słoń, lew, nosorożec, bawół, lampart) ale czy słyszeliście o „UGLY FIVE”? My też nie ale szybko wytłumaczymy co się do tej brzydkiej piątki zalicza. Są to hieny, gnu, guźce, marabuty i sępy. Do najładniejszych te zwięrzeta faktycznie nie należą ale nie oceniamy, każde Dzieło Boże jest piękne na swój sposób. Podsumowując te Wielkie Piątki to widzieliśmy słonie, bawoły, guźce i marabuta. Dobry wynik. Dlaczego nie wspomniałam o nosorożcach? W Wielkiej Piątce są nosorożce czarne a (jak wspomniałam wcześniej) dzisiaj widzieliśmy nosorożce białe. Po czym poznajemy? Po kolorze nosa. Wielki ptak zobaczony przez nas wcześniej to marabut. Dodatkowa informacja o żyrafach: nadal cieżko je znaleźć. Dzisiaj np. staliśmy, patrzyliśmy na małpy – 'okej, ciekawe’ a nagle Charles zapytał „podoba Wam się żyrafa?” Wtedy dopiero zauważyliśmy żyrafę, która stała dosłownie obok drzewa na wprost nas. Były też ciekawostki o żyrafach ale było sporo tych ciekawostek, a ja lekko drzemałam w przerwie miedzy zwierzętami (zanim mnie poinformowano o dzisiejszym blogu), więc niestety się nimi nie podzielę, bo nie pamiętam. Wiem za to, że bawoły są bardzo agresywne i bardzo szybkie.

    Do zwierząt wrócimy jeszcze ale wyjaśnię o co chodzi z tą opustoszałą wioską i cmentarzem. Wioska była zamieszkana przez stóży parku oraz przez opiekunów zwierząt. Byłoby idelanie ale pojawił się konflikt na linii ludzie-zwierzęta. Zwierzęta zaczęły podchodzić za blisko (głównie słonie i węże) i mieszkanie tam było po prostu niebezpiecznie. Z cmentarzem bardzo Was przepraszam ale nie za dużo pamiętam (postaram się nadrobić tę wiedzę).

    No dobrze, o co chodzi z tymi białymi nosorożcami? Ogólnie jest ich już mało na tym świecie ale nie krytycznie mało. Niemniej – warto zobaczyć, bo różnie może być. Tutaj jest taki zwyczaj, że do nosorożców się podchodzi. W strategicznym momencie zostawiliśmy samochód i udaliśmy się z grupą mieszaną norodowościowo blisko nosorożców. Co to był za widok. Trochę blisko, nawet w pewnym moemncie chyba trochę za blisko ale no – zwierzęta robią wrażenie.

    Po safari wróciliśmy do naszego domku, gdzie wypiliśmy szybką kawusię, przebraliśmy się i uszykowaliśmy się na wyjście na drugą (z trzech) atrakcji dnia dzisiejszego. VICTORIA FALLS.

    No cóż. Wodospady Wiktorii robią wrażenie. RADA: jak Fr. Tadeusz mówi, że będzie mokro – to naprawdę będzie mokro. Przygody z dziećmi oraz pralką to nic w porównaniu z dzisiejszym wodospadem. „Mgiełka” unosząca się nad wodospadem serio przypominała ulewę.

    W ramach ciekawostki: Wodospady Wiktorii mają 108 m wysokości i są między Zambią a Zimbabwe. Piękne widoki – tutaj pozdrawiam mojego Tatę, któremu z pewnością baardzo by się podobało. Z moim lękiem przestrzennym było w miarę okej, więc jeśli chodzi o zabezpieczenia – totalna klasa, mimo śliskich kamieni i długiego mostu nad przepaścią.

    Widzieliśmy również jak woda zawraca i tworzy wir, dlaczego? Nie do końca wiem ale mam nadzieję, że kiedyś ktoś mądry udzieli mi tej informacji. Serio – widoki super!

    Dodatkowo, udało nam się pomachać ludziom oglądającym Victoria Falls ze strony Zimbabwe, więc oficjalnie uczestniczyliśmy w międzynarodowej integracji. Widzieliśmy również pociąg, którym można się przejechać za (jeśli dobrze pamiętam) 200 USD od osoby i obejrzeć wodospady… nieco dalej niż na pieszo, więc ogólna ocena: lepiej na nogach no i na nogach można spotkać naprawde dużo małp a myślę, ze w pociagu nie ma takich atrakcji.

    Przy wodospadach niestety nie było naszego kolegi – Charlsa ale pewnie w tym czasie oprowadzał inną grupę po safari – niemniej w dzisiejszym dniu się jeszcze spotkaliśmy. Po cudownych widoczkach udaliśmy się do naszego domku na kawusie. Dokładnie tak samo jak po safari ale tym razem kawusia była dłuższa. Mogliśmy ze spokojem wysuszyć nasze ubrania, nerki i buty.

    Punkt trzeci dzisiejszego dnia: REJS PO ZAMBEZII.

    Zambezi – rzeka w południowej części Afryki, przepływająca przez Zambię, Angolę, Mozambik, Botswane, Namiibie oraz Zimbabwe. Cóż – spora ta rzeka. Warto tutaj dodać, że zwiedzając safari zazwyczaj mieliśmy tę rzekę po prawej lub lewej stronie. Jak się domyślacie, własnie tutaj doszedł do nas Charles, ktory udał się z nami w rejs i nawet był wodzierejem (?). Co to był za rejs…

    Zacznijmy od tego, że płyneliśmy dwupiętrowym stateczkiem, gdzie i na dole, i na górze były rozłożone krzesła i stoliki. Władowaliśmy się na góre. Dowiedzielismy się, że w cenie rejsu jest obiad oraz nielimitowane napoje. Bardzo nam miło 🙂

    Wspomniałam, że wrócę do zwierząt więc wracam – słuchajcie -> widzieliśmy hipopotamy i krokodyle na brzegu. Hipopotamy to serio takie duże, ogromne, leniwe kluski, spały sobie lub drzemały. Raz jeden wstał i była atrakcja ale szybko wrócił do leżenia. Większą sensacją były te hipopotamy znajdujące się w wodzie – pływające główki oraz jeden piękny, lekko zaraźliwy ziew. Co do krokodyli – malutkie. Takim to się człowiek nie naje ale widzieliśmy ogon dużego krokodyla i tam był większy potencjał kulinarny ale nie spotkaliśmy się wzrokiem ani tym bardziej na talerzu. Przechodząc właśnie do talerza.. dostaliśmy super obiad. Była rybka – tilapia zambijska z Zambezii, sałatka, fryteczki i widziałam, że niektórzy dostali również kawałek kurczaka. Mi się nie dostało ale Julia Bera się ze mną podzieliła, więc bardzo dziękuję! 🤍(Rybka była lepsza.)

    No dobrze ale co poza hipopotamami, krokodylami i jedzeniem? TAŃCE. Jednak od początku 🙂 Pierwotnie siedzieliśmy, podziwialiśmy piękną Zambeziię, ptaszki, hipopotamy itp. ale hm.. ile można siedzieć a że ogóle otoczenie prosiło się o szanty zaczęliśmy je trochę nucić. Szybko od szantów przeszło w Krzysztofa Krawczyka. Jakoś chwilę po naszym koncercie – Charles stwierdził, że włączymy muzykę. Och! po jednodniowej przerwie od JulioBerowej zumby jak dobrze było znowu zatańczyć. Nie minęło za dużo czasu jak zeszliśmy na dól i zaczęlismy tańczyć ze wspołtowarzyszami do afrykańskiej muzyki. Oczywiście – nie zabrakło również naszego polskiego „Prawy do lewego” oraz „W kinie, w Lublinie”. Mamy wrażenie, że naszym nowym, Afrykańskim znajomym nie do końca się to podobało ale byli tacy wytrwali co wczuwali się z nami w te Polskie dzieła muzyczne. Warto dodać, że stateczek cały czas był w ruchu. Polecam. Nagle podczas naszych tańców zorientowaliśmy się (tutaj zasługa ks. Jana), że za moment jest zachód. Nie wiem czy zostało to wspomniane ale w Afryce bardzo szybko robi się ciemno i długie zachody to zdecydowanie nie tutaj. No to wrócilismy na górę.

    Część z nas tańczyła, część pozowała do zdjecia. Finalnie wszyscy mamy zdjęcie z zachodzącym Słońcem oraz wszyscy trochę potańczyliśmy. Troche po godz. 18:00 dobiliśmy do portu gdzie zakończyliśmy ten wspaniały rejs. Pożegnaliśmy się z Charlsem i życzymy mu wszystkiego dobrego!

    Pamiętajcie – to co w Afryce – zostaje w Afryce!

    Wróciliśmy do naszego domku i tym razem nie kawusia – a Msza Święta. Jak dobrze tak skończyć ten wspaniały dzień. Naprawdę – mieliśmy za co dziękować.

    Na koniec dnia wspólne pogaduchy i wizyty w moim salonie fryzjerskim. Na ten moment wszyscy już śpią, znowu robi się chłodno. Śniadanie jemy o godz. 5:15.

    Życzę wszystkim wspaniałej nocy! Jutro nowy dzień pełen nowych, super rzeczy! ☀️

    /Zosia

    PS. Jerry chyba bez zmian. Wczoraj w nocy myszkował, więc mam nadzieję, że dzisiaj będzie spokojnie.

    PS2. Zaśpiewałam psalm na Mszy (co nie jest oczywiste ale Julietta mnie namówiła, chyba nie było źle – pozdrawiam mojego Tatę po raz drugi). Nie, nie był to mój pierwszy psalm w życiu.

    PS3. Widzieliśmy też baobab!

  • Dzień 9: Krokodyle, jaszczurki i inne

    Dzień 9: Krokodyle, jaszczurki i inne

    Wszystkiego najlepszego z okazji imienin dla Natalki i Julietty🥳

    Ten dzień zaczął się dla nas dość nietypowo, bo wyjazd z Kasisi zaplanowany był na godzinę 5:00. Jak zawsze nie obyło się bez opóźnienia, które tym razem wynosiło tylko ok 5 minut. Gdy wsiedliśmy od razu poczuliśmy zapach naszego śniadania na drogę, czyli gotowanych jajek. Drogę zaczęliśmy jutrznią, a następnie część z nas poszła dokończyć swój sen. Reszta mogła w tym czasie podziwiać zambijski wschód słońca. Podczas drogi mieliśmy 2 postoje. Na pierwszym wzięliśmy sobie kawki i herbatki na wynos, co okazało się ciekawym pomysłem, biorąc pod uwagę jakość afrykańskich dróg i ilość progów zwalniających, które pojawiły się akurat jak mieliśmy gorące picia. Mianowałyśmy wtedy Kubę jako naszego ostrzegacza przed progami i fałdami (czyli takimi potrójnymi progami), więc czasami udało się uchronić przed oblaniem.

    Na drugim postoju udało nam się spróbować lokalnych samos i czegoś z kurczakiem oraz zjeść jajka które ktoś ugotował. W trakcie drogi pojawiło się też wiele małych kłótni m.in. afera o sałatkę kanapkową. Gdy po pobudce Julietty okazało się, że pod jej nogami znajdowała się czyjaś kanapka, która została rozwalona na mniejsze kawałki. Po wielu debatach kogo to kanapka i trafnych cytatach ,,I po co siejesz ferment”, końcowo wyszło, że była to jej kanapka. Zjadła ją i chyba jej smakowała.

    Podczas drogi Zosia założyła salon fryzjerski, z którego skorzystały prawie wszystkie dziewczyny (oprócz Ani, bo sama się uczesała). Opinie po usługach Zosi były różne, toteż jej zakład dostał nazwę ,,Droga przez mękę”. Pomimo nadania takiego tytułu, bardzo dziękujemy za PIĘKNE fryzurki. Wszystkiemu towarzyszył żabi rechot wszystkich AKM-owiczek oraz śpiewy Natalii, których nauczyła się od dzieci z Kasisi ,,Father Johna…”.

    Po 10-godzinnej podróży dojechaliśmy do celu. Była nim miejscowość Livingstone, gdzie zatrzymaliśmy się na dwie noce. Po co tu dotarliśmy, dowiecie się jutro. Na razie wracam do dzisiejszego dnia. Po krótkiej przerwie na rozpakowanie się (w tym czasie Ania zdążyła zauważyć w mojej łazience włochatą, czarną kulkę z ogonem skaczącą do prysznica), wylosowaliśmy kto z kim będzie w pokoju, wyszło tak że: ksiądz Jan i Kuba mają oddzielne pokoje, Julka + Julka, Natalia + Ania, a mi została Zosia. Następnie pojechaliśmy na obiadokolację. W menu znaleźliśmy wiele dziwnych dań więc je zamówiliśmy. Po długim jak dla mnie oczekiwaniu na jedzenie (jakieś 1h), dostaliśmy je. Jedliśmy nshime (papkę z białej mąki kukurydzianej), lokalny szpinak, jollof rice (ostre było), frytki (które mi najbardziej smakowały z tego wszystkiego), rybę tilapię zambijską, kurczaka, t-bone oraz robaki, których Zosia zjadła najwięcej. Największym zaciekawieniem cieszyły się żeberka z krokodyla, chyba nikt wcześniej nie jadł tego mięsa.

    Po tej typowo zambijskiej uczcie, pojechaliśmy dokupić trochę internetu, bo już nam się kończył. A potem na zakupy na następne 2 dni. Zostałam wysłana ja, Julietta i Kuba. Pomimo dylematu co wziąć do picia i robienia zakupów w dwóch turach, ostatecznie kupiliśmy wszystkie potrzebne rzeczy. Po powrocie do miejsca naszego noclegu, ksiądz Jan i ojciec Tadeusz odprawili Mszę Świętą w salonie (pierwszy raz byłam na takiej).

    Po niej zalepialiśmy plastrami dziury w moskitierach, które u niektórych okazały się być całkiem spore. Znaleźliśmy też jaszczurkę, którą Kubie udało złapać i wypuścić. Warte wspomnienia jest też to, że jedne z drzwi w naszym domu są niższe od reszty, więc Kuba który jest z nas najwyższy walnął głową już 2 razy (tyle naliczyłam na razie). Potem posłuchaliśmy jeszcze opowieści ojca Tadeusza o lokalnych zwyczajach. I tak zakończyliśmy ten dzień.
    Podsumowując go jednym słowem
    PIĘKNIE

    PS
    Stan na godzine 23:14 – Włochata, czarna kulka z ogonem w naszej łazience, okazała się być myszą. Zosia widziała ją jak wskakuje do odpływu, więc go zakleiła.

    PS2
    Stan na godzine 00:07 – Mysz (Jerry) przebiła się przez barykadę, więc teraz nie korzystamy z naszej łazienki.

    Gabi

  • Dzień 8: Sunday – praying and playing

    Dzień 8: Sunday – praying and playing

    Ten dzień rozpoczął się tak na prawdę wczoraj wieczorem, kiedy Zosia włożyła dwa kurczaki do piekarnika.

    Dlaczego? – To się za chwilę wyjaśni.

    Dziś niedziela – Dzień Pański – czas odpoczynku i niedzielnej modlitwy. W związku z tym była okazja aby nieco dłużej pospać. Podzieliliśmy się na dwie (bardzo nierówne grupy).

    I grupa- J4 + G + N

    II grupa – Zosia + Ania

    Pierwsza grupa pospała krócej, ponieważ spotkaliśmy się na śniadaniu o godz. 7:30, a następnie wraz z o. Jakubem pojechaliśmy do stacji misyjnej na Mszę Świętą. Oczywyście transport odbył się niezawodną TOYOTĄ z silnikiem D4-D.

    Na miejscu zastał nas kościół w budowie i tłum miejscowych mieszkańców przygotowujących się do liturgii. Warunki dość surowe – ale pamiętajmy, że to wyjazd misyjny, a nie wakacje All Inclisive z Rainbow!!

    Liturgia w tej części świata zawsze może szokować, szczególnie kiedy przyjeżdża się pierwszy raz. Tłum w czasie procesji, tańce (tym razem dość skromne), muzyka (raczej nie jest to chorał gregoriański) oraz długość samej celebracji – to nas zawsze może zaskoczyć. Tym razem dodatkowo pojawiły sie dwa chóry, które w trakcie Mszy zamieniły się miejscami. Mieliśmy również okazję przywitać się z parafianami, opowiedziec kilka zadań o naszym pobycie i zaśpiewać piosenkę „Pan jest pasterzem moim” (przy akompaniamencie piszącego te słowa).

    Na koniec staliśmy się gwiazdami bo znalazł się tłum chętnych do zrobienia sobie zdjęć z nami. Jednak dekoracja z papieru toaletowego mogła nico przeszkadzać.

    Po sesjesi fotograficznej przydały się wcześniej zapowiadane kurczaki, ponieważ zostaliśmy uprzedzeni o wspólnym posiłku z liderami grup w sali szkolnej. Ważną sprawą było przygotowanie swojego obiadu żeby dla wszystkich starczyło. Kurczak z przyprawami i cebulą zasmakował nawet tubylcom.

    Następnie przyszedł czas na powrót do Kasisi i przy okazji darmowy transport dla niektórych uczestników niedzielnego świętowania.

    Podczas naszej nieobecności Zosia z Anią zjadły śniadanie, ogarnęły temat prania, uczestniczyły w Mszy Świętej w kościele parafialnym w Kasisi (która była nad wyraz spokonym doświadczeniem) oraz przygotowały dla siebie obiad.

    Ok. godz. 14:30 spotkaliśmy się z naszej bazie. Po krótkich wspomnieniach i obiedzie dziewczyn poszliśmy na gry i zabawy z dziećmi u sióstr. Zapewne wszyscy mamy wrażenie, że jesteśmy już tam dobrze znani, szczegónie przez starszaki.

    Przez niedomówienie nasza jutrzejsza wyprawa, która zakończy się w środę została potraktowana przez dzieci prawie jak koniec naszego pobytu, w zwięzku z czym awansem usłyszeliśmy wiązankę pożegnalnych piosenek w rytmie pieśni stadionowych z polskiej ligii piłki nożnej.

    A teraz czas na kolację, imieninowe obchody naszej Ani (której życzymy radości, zdrowia i stu lat – nie tylko na misjach) i przygotowania do jutrzejszej wyprawy – niespodzianki. Ale o tym w dalszych częściach naszych misyjnych relacji.

    Błogosławię + fr. John

  • Dzień 7: Imieninowy Blog

    Dzień 7: Imieninowy Blog

    Kolejny dzień rozpoczął się standardowo od Mszy Świętej, tym razem zdecydowaliśmy się pójść do kaplicy w Domu Dziecka u Sióstr Służebniczek na godzinę 7.00. W końcu się nie spóźniliśmy, a nawet byliśmy 5 minut przed czasem, ale żeby nie było tak kolorowo zajęliśmy miejsce siostry Marioli i Zosia została przesadzona na drugą stronę nawy głównej.

    Ksiądz Jan odprawił Msze w mojej instencji i dostałem życzenia od Ojca Tadeusza i Siostry Marioli za co z całego serca dziękuję, z racji na wspomnienia Św. Jakuba Apostoła, a co za tym idzie moje imieniny.

    Po mszy zjedliśmy dla nas standardowe śniadanie, czyli jajecznica chyba czwarty raz z rzędu (może kiedyś zrobimy coś innego, jeśli tak się stanie poinformujemy was). Następnie poszliśmy do dzieci, gdyż w weekend zostaliśmy zwolnieni z pracy na farmie, więc mogliśmy spędzić cały dzień z nimi. Podzieliliśmy dzień na dwie sesje od 9.30 do 11.00, potem przerwa na obiad dla nas i dla dzieci, szybka kawusia i druga sesja od 14.30 do 16.30. W pierwszej sesji grupy były następujące:

    • Ja, Julia zwana Julią Berą i ksiądz Jan byliśmy u chłopców lat około 11-14 i graliśmy z nimi najpierw w zbijaka potem w piłkę nożną oraz podjęliśmy się próby wytłumaczenia im jak się gra w palanta i udało się. Na pytanie czy wolą grać dalej w palanta czy chcą zmienić na piłkę nożną odpowiedziały że w palanta, także wnioskuję, że im się nawet spodobało. W trakcie gry od Zosi dowiedziałem się, że pięciolatki pytają się o mnie i o Father John’a, także na drugą sesję postanowiliśmy udać się do nich.
    • Zosia, Gabrysia i Natalią były u dwu/trzy latków i dzieci przyprowadziły trzykołowe rowerki i one jeździły i śpiewały Old Macdonald had a farm, a Gabrysia chodziła za nimi i dośpiewywała ia ia o. Standardowa sytuacja dla Zosi, czyli dziecko ją obsikało, ale spokojnie tym razem tylko plecy, ale dziewczyny wyszły szczęsliwe i uśmiechnięte.
    • Julietta i Ania podeszły do zabawy z 5 latkami bardzo ambitnie i zrobiły im tor przeszkód z kolorowych grzybków. Skończyło się tak, że po pierwszym pokonaniu tory grzybki zostały rozkradzione przez dzieci. Na szczęście zabrały ze sobą też piłki, także dalsza część zabawy polegała na kopaniu piłki. Ania też czytała książeczkę o sikaniu, a Julietta w tym czasie tańczyła z dziećmi chocolate bez muzyki.

    Po porannych zabawach poszliśmy na obiad, który robiły zgodnie z grafikiem zrobionym przez HR naszej ekipy (Juliette) Zosia i Julka Bera. Dziewczyny zrobiły pyszne łazanki z kapustą i boczkiem, które idealne pasowały do bawarki, którą postanowiliśmy wypić z księdzem Janem.

    Po obiedzie wybraliśmy się na drugą sesję zabaw i tak jak wcześnij zapowiedziałem poszedłem z księdzem Janem do pięciolatków uzbrojeni w piłki i frezbe. Zabawa była przednia, jak zwykle głównie polegała na bieganiu za piłkami, tańczeniu chocolate (tym razem z muzyką) i podnoszeniu dzieciaków. Na tańce dołączyła do nas Julietta i została jako wsparcie w bieganiu za piłką.

    Zosia, Natalia i Gabrysia wyjątkowo nie były podzielone na grupy, tylko mieszały się podczas grania w piłkę, czytaniu książek i robieniu czapek z grzybków. Jak nasze dzieci poszły się myć wszyscy dołączyliśmy do Ani i Julki Bery i dokończyliśmy zabawę z grupą tańcząc i bawiąc się materiałowym tunelem.

    Wychodząc od dzieci siostra Mariola zrobiła mi wspaniły prezent z okazji imienin i dostałem różaniec, sok i słodycze. Dziekuję siostrze z całego serca.

    Tym przemiłym akcentem blog imieninowy uważam za kompletny. Do zobaczenia w kolejnych wpisach.

  • Dzień 6: Akcja – atrakcja!

    Dzień 6: Akcja – atrakcja!

    Na wstępie chcielibyśmy pozdrowić mamę Gabrysi i złożyć najserdeczniejsze życzenia z okazji urodzin. Wszystkiego najlepszego!🥳
    Dzisiejszy dzień, jak poprzednie, rozpoczęliśmy Mszą Świętą. Okazało się, że ksiądz Jan będzie dziś odprawiał ją sam, co było dla niego niemałą niespodzianką.

    Po Mszy Świętej zjedliśmy śniadanie i jak zwykle spóźniliśmy się kilka minut do pracy. Jeśli chodzi o punktualność to i tak idzie nam co raz lepiej byliśmy 10 minut szybciej niż wczoraj. Rozdzieliliśmy się do naszych stałych miejsc pracy na farmie. Moja praca zaczęła się od podlewania i pielenia w ogrodzie a zakończyła na oczyszczaniu liści moringi z gałązek.

    Zosia, Natalka i Gabrysia doskonale bawiły się po drugiej stronie pola. Większość czasu przeznaczyły opiece nad groszkiem. Suchy zrywały, aby pozyskać nasiona, natomiast zielony.., trafiał prosto do kieszeni. Teraz tylko ktoś musi to zjeść. Oprócz opieki nad groszkiem Zosia zadbała również o podlewanie grządek, więc roślinkom na pewno niczego dziś nie zabrakło. Zostały również zebrane mięta i trawa cytrynowa dla przeziębionej Ani, która na szczęście czuje się co raz lepiej.

    Grupa zajmująca się kompostem dalej
    świetnie sprawdza się w swojej roli. Udało się nawet znaleźć chwilę na rozmowy z ojcem Tadeuszem podczas której dowiedzieliśmy się, że kapusta użyta do kompostu to nie kapusta, ale comfrey.

    Po pracy zjedliśmy pyszny obiad przygotowany przez Juliettę. Tym razem był to makaron z pesto – prosty, ale naprawdę wyśmienity.

    Po południu odwiedziliśmy dzieci. Spędziliśmy czas na dobrej zabawie. Najnowsza atrakcja dla dzieci stał się kolorowy tunel oraz kręgle.

    Nie zabrakło także wielu tańców. Układ taneczny chocolate zatańczyliśmy dzisiaj tylko 5 razy, a taniec kowbojski tylko 4. Nauczyliśmy dzieci również wiele nowych tańców w tym kultowy klasyk- kaczuszki;) śpiewamy co raz lepiej zarówno w języku angielskim jak i polskim. Niezmiennie największą popularnością cieszą się zabawy z chustą, mamy nadzieję że nie znudzą się do końca naszego wyjazdu.

    Pożegnaliśmy dzieci i wracając zostaliśmy obdarowani przez siostry chlebem i jajkami.

    Wieczorem przyszedł czas na gry. Graliśmy w niezastąpione bierki, double, double w wersji katolickiej oraz najbardziej emocjonującą grę- prawo dżungli. Nieskromnie przyznam, że wygrałam. Następnie zjedliśmy kolację oraz odmówiliśmy nieszpory.

    Zgodnie z tradycją na zakończenie dnia zasiedliśmy w pokoju z dostępem do Internetu, żeby dać wam znać, że żyjemy i mamy się dobrze. ❤️

    Ps
    Zaznaczę tylko, że jeżeli ktoś z was chciałby założyć do pracy na farmę białe skarpetki to należy przemyśleć to 3 razy. Moje prawdopodobnie się już nigdy nie staną się białe.

    Pisała dla was Julka znana również jako Julia Bera.

  • Dzień 5: Tańce hulańce

    Dzień 5: Tańce hulańce

    MSZA

    Witam, tu Julietta(ten pseudonim to wymysł Natalii jakby co, który niesamowicie ją bawi. Najgorzej jak ludzie pytają czy serio mam tak na imię(to akurat nie tu tylko w Polsce).Tak jak wczoraj, dzień rozpoczeliśmy poranną mszą o 6.30, której tym razem przewodniczył nasz opiekun- ks.Jan. Ku naszemu zdziwieniu msza okazała się być mniej więcej o połowe krótsza niż wczorajsza ze względu na krótsze, treściwe kazanie.Wczoraj w biegu, a dziś
    bardziej na spokojnie zjedliśmy śniadanie, po czym przygowaliśmy się do pracy w polu.

    PRACA NA FARMIE

    Podział ról pozostał taki sam jak wczoraj, poza jednym wyjątkiem.Tym razem Ania poszła robić kompostownik, a ja do rybek.
    Co ciekawe Ania twierdzi, że chłopak z którym wczoraj pracowała to Peter, a ja uważam,że ma na imię Roman(pracowałyśmy z tym samym). Generalnie dogadanie się z nim stanowiło dla nas trudność, bo jednak tak jak wspominała wczoraj Ania okazuję się, że Zambijski angielski różni się trochę od angielskiego, używanego przez polaków.Ale było sympatycznie,trochę pogadaliśmy, posłuchaliśmy muzyki. Znałam nawet 2 piosenki, które puścił Pan Peter/Roman(może jutro się dowiemy).Podobnie jak Ania wczoraj, zaznaczałam dziury w basenie i czyściłam ich okolice, przed ich załataniem.

    Początkowo miałam pracować ze sprzętem widocznym na zdjęciu powyżej, jednak mimo wcześniejszego ustawiania kabli przez Romana(jako, że dziś ja piszę niech to będzie Roman) to urządzonko nie zadziałało(zresztą chyba widać po mojej minie).Roman wraz z Ojcem Tadeuszem próbowali ogarnąć sytuacje, jednak akcja nie przyniosła oczekiwanych skutków.

    Oprócz tego Roman pokazał mi baseny z rybkami, jak je karmić oraz wytłumaczył jak działają rury, które przenoszą wodę z jednego basenu do drugiego. Raz na jakiś czas odpytywał mnie, żeby zobaczyć czy zrozumiałam i szczerze mówiąc szło mi średnio. Raz lepiej raz gorzej, generalnie myślę, że nawet gdyby tłumaczył mi to po Polsku mogłoby nie być dużo lepiej. Rury i te sprawy – średnio moje koniki. Na koniec poszliśmy wyławiać liście i inne tego typu roślinki. Sprzęt do wyławiania był ciężki +bolały mnie plecy podczas tego zadania, więc cieszę się, że zabraliśmy się za to dopiero pod koniec czasu mojej pracy. Między wykładem Romana o rurach, a wyławianiem liści nastąpił dość ciekawy, trochę dziwny side quest. Chyba z uwagi na to, że dopytałam o coś dotyczącego jednej z rur Roman zabrał mnie do pracujących obok inżynierów(tak ich nazwał). W skórcie podeszliśmy do trzech pracujących chłopów, przy czym Roman zabierał im sprzęty, których używali i dawał mi lub kazał im mi je dać, żebym mogła spróbować(myślę, że byli w szoku).


    U Zosi,Natalii i Gabrysi na polu pojawiły się ciekawe, trochę dziwne, a przede wszystkim niespodziewane wątki.Dzisiejszym zadaniem dziewczyn było przesadzanie sałat oraz odkrywanie cubuli, aby mogła wyrosnąć za pomocą słońca. Podczas pracy przy sałacie Zosia wlazła w kującą rośline, której kolce wbiły jej sie w spodnie, a co za tym idzie bezproblemowo dotarły również do nóg. Jak możecie się domyślać trochę przypał, Zosie bolało no i wyjęcie tych kolców z nóg i spodni nie było najprostszym zadaniem. Naszczęście Natalia przyszła jej z pomocą, co widać na zdjęciu poniżej

    Krótkie leżakowanie również miało miejsce, podobno powstały przy okazji klopsy z piasku(wytwór Natalii) oraz dzieło Gabrysi w postaci szałasów z patyków.Trochę dziwna sprawa,ale słuchamy nie oceniamy.

    W międzyczasie dziewczyny rozmawiały również z miejscowymi Paniami, które pracują na tym polu i jak to Gabrysia powiedziała~”Nie wiem jak do tego doszło, ale w pewnym momencie Pani pokazywała nam jak ludzie w Afryce płaczą na pogrzebach”.(mocny side quest)

    Na zdjęciu powyżej widzimy prace Julki przy morindze. Dzisiaj pieliła grządki i miała 5 minut relaksu z Paniami. Afrykański angielski Pani, z którą pracowała tak jak u mnie i u Ani nie pomagał w skutecznej komunikacji, jednak Julka ogarniała coraz lepiej, a nawet już zauważyła postępy w rozumieniu oraz dogadywaniu się z Panią.


    U ks.Jana, Kuby i Ani przez większą część dnia żyłam w przekonaniu, że nic szczególnie nowego się nie wydarzyło. No w końcu w tą wersję zdarzeń Szanowni brneli prawie do końca dnia. W końcu jednak dowiedziałam się, że Ania nadziała się na widły i ma ogromnego siniaka…
    Aniu trzymaj się tam

    OBIAD I ZAKUPY

    Po pracy zjedliśmy na obiad jajka sadzone z ziemniakami oraz szpinakiem, zaserwowane przez ks.Jana oraz Gabrysie.
    Po obiedzie Julka, Ania oraz Natalia pojechały z Ojcem Tadeuszem na zakupy(ostatnie możliwe w tym tygodniu, więc miejmy nadzieję, że wszystkiego nam starczy) Naszczęście mamy dostęp do warzyw z farmy dzięki Ojcu Tadeuszowi, a do tego dostajemy jeszcze Jajka i chleb od Ojca lub sióstr, za co jesteśmy wdzięczni. Jeśli to czytają Pozdrawiamy cieplutko i bardzo dziękujemy!

    Podobno Ojciec Tadeusz nadawa szybkiego tempa, dzięki czemu dziewczyny szybko do nas wróciły. Dodam jeszcze, iż pake przejęły tym razem Ania i Julka, a Natalia z razem z Ojcem z przodu prowadziła rozmowy, jak twierdzi na ciekawe tematy.

    ZABAWA Z DZIECMI

    Tak jak wczoraj około 14 wyruszylismy do dzieci z Domu Dziecka Kassisi,prowadzonego przez Siostry Służebniczki.Dzisiejsze zabawy miały kompletnie inny klimat od tego, co przeżyłyśmy wczoraj. Dzisiaj nie przysiadło nam się na kałuże moczu(serio było ich pełno), a Zosia nie została obsikana, więc myślę, że sukces. Dementując domysły Ani, na całe szczęście nie mamy póki co problemów z trzymaniem moczu. Choć akurat wczoraj przy 2 latkach nie raczej zrobiłoby to nikomu żadnej różnicy. Dzisiaj bawiłam się naprawdę świetnie, napoczątku do grupy najstarszej trafiłam ja razem z Kubą, a Zosia, Gabrysia i ks.Jan trafili do trochę młodszej grupy.
    Z fan factów o których się dowiedziałam Zosia została ugryziona przez jedno dziecko. W dodatku w kierunku Zosi wystrzelił wąż ogrodowy z wodą. Mimo braku moczu na ubraniach, Zosia i tak musiała się przebrać. Wczoraj obsikana, dzisiaj ugryziona i oblana wodą-trochę trudne te początki.


    Gdy przyszliśmy z Kubą do naszej grupy pierwsze bądź jedno z pierwszych pytań jakie uslyszalismy brzmiało „Where is Father Jon”. Definitywnie ks.Jan musiał wczoraj zrobić niezłą furrore.
    Na początku ja prowadziłam zabawy z chustą klanzą, a Kuba zajął się zabawą z piłką.Fun fact nie wiedziałam jak jest chusta po angielsku, więc czasem nazywałam ją po prostu „this” i pokazywałam palcem na chustę. Czasem jednak trochę bardziej mnie poniosło i mówiłam dzieciom, że to uwaga „chust”, w skrócie trochę wstyd, ale i tak udało nam się dogadać bez wiekszych problemów. Słyszałam już sporo o tym, że dzieci w Afryce bardzo doceniają najmniejsze rzeczy i są chętne praktycznie na każdą zabawę, jednak dzisiaj pierwszy raz mogłam tego faktycznie doświadczyć.Mimo, że sporo brakuję mi do super umiejętności posługiwania się angielskim dzieci słuchały mnie uważnie i aktywnie uczestniczyły w zabawach. Nie ważne co powiedziałam One zawsze były na tak. To było wspaniałe. Bardzo różnią się pod tym względem od wielu Polskich dzieci, tak jak pisałam w zakładce poznajmy się, przez jakiś czas miałam okazję prowadzić zabawy dla dzieci w Poznańskiej bawialni, z powodu czego pozwoliłam sobie na takie porównanie. Po pewnym czasie zabaw, dzieci powiedziały, że chciałyby zatańczyć, więc Kuba szybko pobiegł do swojego pokoju po głośnik. Dzieci były niesamowicie zaangażowane w układy, a do tego nawet dawały swoje propozycje dotyczące tańca które już znają
    (Głównie kowbojka pojawiała się w ich propozycjach).Tanczylismy jeszcze do chocolate,macareny, taki duży taki mały może świętym być oraz góry do góry. Około 15.30 do naszej grupy dołączyła cała nasza ekipa(dziewczyny wróciły ze sklepu dynamizmu do całej zabawy. Podzieliliśmy się na kilka grup, dzięki czemu dzieciaki mogły wybrać sobie różne zabawy. Największą furrorę zrobiły tańce. Pamiętajmy, że Julka jest profesjonalną tancerką + ma nieskończoną ilość energii. Reszta z nas ledwo nadążała, ale muszę powiedzieć, że mimo to świetnie się bawiłam.


    Oprócz tańców był kącik zbijaka,piłki nożnej, freezby i skananki, śpiewania i znów zabawy z chustą klanzą. Dla mnie w szczególności wyjątkowe okazało się śpiewanie z dzieciakami zaproponowanych przez nich piosenek w ich języku Njanji. Energia + tańce, które temu towarzyszyły były bardzo żywe i towarzyszyło im wiele uśmiechu.


    ROZMOWA Z SIOSTRĄ

    Teraz cofnę się na chwilę w czasie, bozanim poszlam do dzieci wpadłam na chwile do siostry Marioli, która opiekuje się domem dziecka w Kassisi. Okazało się, że siostra pochodzi z miasta, w którym mieszka moja Ciocia(dokładniej mówiąc siostra mojego taty), a co za tym idzie miały okazję się spotkać 7 lat temu.Z tego względu zdecydowałam się podejść do siostry, pokazać jej zdjęcie, na którym pozują razem i pozdrowić ją od Cioci. Okazało się, że siostra doskonale pamięta zarówno to spotkanie jak i moją Ciocie, a w dodatku bardzo się ucieszyła i sama zaproponowała, abyśmy zrobiły sobie zdjęcie i wysłały z pozdrowieniami do Cioci.

    Ponadto okazało się, że znam księdza z siostry rodziny, a Kuba zna innego ksiedza którego również zna siostra. Świat jest naprawdę mały.
    PS Pozdrawiam serdecznie moją Ciocie Kasię!


    WYCIECZKA NA ZACHÓD

    Po zabawie z dziećmi trochę odpoczęliśmy i postanowiliśmy wybrać się na oglądanie zachodu słońca z miejsca, w którym widok jest podobno najlepszy. Generalnie ta akcja trochę nam nie wyszła, z uwagi na to, że za późno wyszliśmy.

    Dotarliśmy jednak nad staw, więc uważam, więc myślę że i tak warto było się przejść.

    Mamy kubki ze sobą, dlatego,że dla lepszego klimaciku wzięliśmy kawusie na wynos. Właśnie m.in. to nas opóźniło, jednak pamiętajmy, że to szczegół, a klimacik był. Co prawda wylało mi się trochę tej kawy po drodze, ale to również szczegół.

    (ks.Jan i Kuba też byli jakby co-robili za fotografów, więc mamy girls zdjęcie)

    Natalia chwilę po zrobieniu zdjęcia postanowiła gwizdać nad moim uchem. Trochę dziwna sprawa nie wiadomo czy się niepokoić czy śmiać, jak widać na zdjęciu wybrałyśmy tą drugą opcję.

    Dziewczyny też miały z czegoś beke, więc myślę, że totalna klasa to wyjście

    KARALUCHY POD PODUCHY

    Pod koniec dnia zawitali do nas nieproszeni goście w postaci karaluchów. Było parę dni spokoju, jednak Szanowni postanowili do nas wrocic. Dowiedzieliśmy się o tym w dość nietypowy sposób. Jeden z ziomeczkow wyskoczył ze zlewu, gdy Kuba mył naczynia. Poraz kolejny Kuba inżynier specjalista od robaków skorzystał ze swojego profesjonalnego sprzętu w postaci odkurzacza.Tym razem jednak nie przyniosło to oczekiwanych skutków.

    SIDE QUEST

    Jeszcze wspomnę tylko o jednej sytuacji, która bardzo mnie rozbawiła, choć może nie powinna. Oprócz karaluchów regularnie odwiedzają nas pająki, jednak ten o którego teraz mi chodzi był w top 1 największych pająków, jakie do tej pory widzialam. Potem Zosia pokazała mi swoich towarzyszy z sufitu w takiej samej wielkości, więc okazało się, że po prostu miałam farta, że wcześniej takiego nie widziałam. Co ciekawe postanowił indywidualnie odwiedzić Gabrysię podczas jej wizyty w toalecie( w jednej ze wspólnych na dole, czyli kręcimy się tam codziennie, więc nie trudno było go zauważyć). Nie ukrywam bardzo nas to rozbawiło. Miał tyle dróg, a akurat postanowił zaatakować biedną Gabrysię. Przerażona uciekła szybko do swojej toalety na górze. (Trzymaj się tam Gabrysia)

    To tyle ode mnie
    Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytelników

    PS Pan od Rybek okazał się być Peterem, więc jednak mój błąd. Może Roman to jego drugie imię…

  • Dzień 4: Palec w rybie 🐟

    Dzień 4: Palec w rybie 🐟

    Dzisiejszy dzień zaczęliśmy o 6:30 od Mszy Świętej w parafii. Kościół znajduje się za naszym domkiem, więc zbiórka która miała być o 6:23 była o 6:29, na szczęście udało nam się zdążyć. Eucharystia była w języku angielskim, natomiast siostry prowadziły śpiew w ich języku z użyciem instrumentów.

    Wychodząc z kościoła spotkaliśmy siostrę która przez 7 lat mieszkała w Polsce. Msza trwała trochę dłużej niż myśleliśmy, więc szybko przygotowaliśmy śniadanie (przed którym udało nam się zabić w kuchni jednego karalucha!) i poszliśmy z lekkim opóźnieniem (12 minut – mniej niż kwadrans studencki) na pole do pracy. Ojciec Tadeusz (pozdrawiamy!) rozdzielił nas na dwie grupy. Ja, Zosia i Gabi dostałyśmy zadanie znaleźć kobiety, które powiedzą nam co dalej, dlatego poszłyśmy przed siebie i szukałyśmy. Doszłyśmy do miejsca gdzie uprawiają warzywa i inne rośliny. Pierwszym naszym zadaniem było przyniesienie worków z rolkami od papieru toaletowego do miejsca gdzie na początku spotkaliśmy się z ojcem. Nie zdawałyśmy sobie wcześniej sprawy jak bardzo mogą być ciężkie takie worki. Niestety jeden worek ucierpiał, bo Zosia nim zahaczyła o coś co rozerwało jego dół, więc musiałyśmy zrobić przerwę na ogarnięcie tej trudnej sytuacji i ruszyłyśmy z powrotem w drogę.

    Kolejnym zadaniem było ścięcie tego czegoś

    Niestety nadal nie wiem co to jest, bo pani (niestety nie pamiętam jak miała na imię) powiedziała nam co to w swoim języku. Na początku dostaliśmy do tego nożyczki ale pani widząc jak nam to opornie idzie przyniosła nam sierpy. I to był jej błąd, bo od pierwszego użycia Zosia prawie ucięła sobie dolną kończynę, bo wbiła go sobie w nogę (na szczęście skończyło się tylko na siniaku), chwilę później, ja tak się zamachnełam że go rozwaliłam i zostałam z kijem w ręku a sierp na ziemi (oczywiście udało mi się go szybko naprawić). Pani spojrzała na nas z zażenowaniem i po chwili gdy już zaczęło nam wychodzić wróciła do swojej pracy.

    Jeśli ktoś nie zauważył, to powyższe zdjęcie przedstawia Zosię i Gabrysię, które trzymaja sierpy w kształcie serca.

    Praca poszła nam całkiem sprawnie i po godzinie miałyśmy pielić jarmuż z użyciem haczki, w trakcie pracy i rozmów z panią przyszedł ojciec Tadeusz i poinformował nas, że Julkę pokonała alergia i poszła się leczyć do naszego domku, Natalia zaginęła w drodze do nas, więc któraś z nas ma ich zastąpić. Dlatego udałam się w następne miejsce, gdzie była Julietta, ks Jan i Kuba. Tam się okazało, że robią kompostownik z siana, liści, drożdży, kapusty i wody. W momencie w którym ja byłam braliśmy trawę i usypywaliśmy w wymiarach 2x2x1 m, następnie wchodziliśmy na to i ugniataliśmy.

    Po około 15 minutach mojego pobytu tam okazało się że jest potrzeba dziewczyna do pomocy przy rybach, więc się zgłosiłam że mogę pomóc. Udałam się w tamto miejsce i moim kolejnym zadaniem było łowienie ryb. Dostałam super gumowy kombinezon i razem z panią (niestety jej imienia też nie pamiętam) i Peterem łowiliśmy ryby, a dokładniej tilapie zambijskie. Polegało to na tym że byliśmy w takim basenie z wodą ja razem z panią z dwóch stron w specjalny sposób (dojście do porozumienia jak to mam robić trochę czasu nam zajęło, ponieważ mówili do mnie w swoim afrykańskim angielskim lub po prostu we własnym języku, ale w końcu zrozumiałam co mam robić) trzymałyśmy za siatkę rybacką i zagranialyśmy je do końca i następnie z siatki Peter liczył i wkładał do wiadra. Z złapanymi rybami szliśmy do kolejnych, tym razem większych basenów, i tam je wypuszczaliśmy, niestety jedna rybka nie przeżyła tej przygody i umarła. To był bardzo smutny widok, bo widziałam jej ostatni oddech po czym już się nie ruszała. I w taki sposób pracowaliśmy do momentu aż wszystkie ryby z tego basenu (a było ich bardzo dużo) przenieśliśmy do innych większych na zewnątrz. W tym momencie przyszedł ks Jan i chciał zrobić mi zdjęcie (które zaraz zobaczcie) chcieli mi do niego dać rybę do ręki, ale już wcześniej trzymałam je w rękach i nie spodobało mi się to, także powiedziałam że już nie chcę, więc Peter dał mi tamtą która już nie żyła i kazał w jakiś specjalny sposób wsadzić rękę w tą rybę. To było mega dziwne, nie polecam (niech moja uśmiechnięta mina na zdjęciu was nie zmyli, byłam wtedy bardzo przerażona)

    Później razem z Peterem szukaliśmy dziur w pustym basenie na ryby (te baseny są z takiej czarnej grubiej gumy, ale czasami robią się dziury więc trzeba ją łatać) i czyściliśmy je i czerwonym markerem zaznaczyliśmy. W trakcie rozmowy okazało się że mój rozmówca umie rysować i pokazał mi swój talent na ściance basenu markerem

    Tak zakończyła się tego dnia moja praca na farmie. Dla wyjaśnienia Natalia dotarła do dziewczyn, a Julka została wywieziona autem na inną część farmy i tam wyrywała chwasty z pewną panią i jej synkiem. Julietta miła pokaleczone ręce od trawy, ale sytuacja opanowana i już później jak prawdziwy farmer pracowała w koszuli w kratę.

    Następnie wszyscy udaliśmy się na nieszpory i przepyszny obiadek, który przygotowała Natalia z Kubą. Był to makaron ze szpinakiem (chociaż niektórzy twierdzą że to było coś innego) zerwanym z pola. Następnie udaliśmy się do domu dziecka.

    Podzieliliśmy się na cztery grupy i zaczęliśmy zabawy z dziećmi. Ja razem z Kubą mieliśmy grupę młodszych chłopców, którzy od razu jak nas zobaczyli bardzo się ucieszyli, podbiegli i z ogromnym zaciekawieniem pytali nas co mamy ze sobą. Do zabawy zabraliśmy chustę klanze, piłkę nożną i piłeczki tenisowe. Na początku dużym zainteresowaniem okazała się zapakowana w torbie chusta, którą wspólnie wyjeliśmy i zaczęliśmy zabawę, później odbył się mecz piłki nożnej, a na samym końcu wyjęliśmy piłeczki, które rzucaliśmy do siebie. W między czasie rozmawiałam z chłopcami, którzy nie byli zainteresowani grą ale pudełkiem po piłkach, które musiałam co chwilę otwarać, bo nie wierzyli mi że tam już nic nie ma oraz moją żółtą sukienką w kwiatki (która została z każdej strony dokładnie obejrzana i dotknięta) i materiałowym paskiem do niej, na którym chłopcy ćwiczyli węzły marynarskie. Dużym zainteresowaniem cieszyły się również moje włosy. Z chłopakami liczyliśmy piłki, których mieliśmy cztery, ale okazało się że potrafią liczyć aż do 30 (więc przez parenaście minut w kółko liczyliśmy), robiliśmy też piruety i podskoki.
    Inne grupy też dobrze się bawiły, niektórzy tak dobrze że musieli się umyć po powrocie z najmłodszą grupą z moczu (Zosia i Julietta, mówią że to od dzieci ale nie wiadomo czy to prawda, ale nie oceniamy w końcu każdemu może się zdarzyć).
    Postanowiliśmy zrobić pranie, bo już niektórym kończą się niektóre części odzieży, niestety napotkaliśmy pewien problem w postaci pralki, która nie chciała się włączyć. Na szczęście pomógł nam Ojciec Tadeusz, niestety w trakcie naprawiania woda oblała ojca i Zosię (i tutaj możecie się domyśleć, że jest ona główną osobą przez którą pojawił się pomysł zrobienia prania, bo pobrudziła już tego dnia dużo ubrań w dziwnych okolicznościach)
    Po powrocie zachwycaliśmy się zachodem słońca i poszliśmy na spacer do sióstr po jedzonko (za które bardzo mocno dziękujemy!), bo jednak 8 osób które pracują cały dzień je bardzo dużo i już nam się wszystko skończyło.


    Ostatnim punktem dnia była nasza wspólna kolacja i chwila na skorzystanie z internetu w domu ojców (za co również dziękujemy!).
    I tak zakończył się kolejny dzień.

    Pozdrawiam cieplutko
    Ania

    Ps Dla osób które zastawiają się co robiłam na wczorajszym filmiku z butlą, to był sposób na wymieszanie składników na naleśniki w butelce. Mega polecam spróbujcie u siebie w domu

  • Dzień 3: Witajcie w Kasisi!

    Dzień 3: Witajcie w Kasisi!

    Dzisiejszy dzień rozpoczął się bardzo późno. Tak chcieliśmy. No dobra, nie tak późno jak mógł ale tutaj część naszej ekipy uważa, że „późne wstanie” to godz. 8 rano, więc i tak nie było źle. Spotkaliśmy się o 8:55 z założenia na jutrzni. Po nocnej walce z karaluchami i pająkami oraz …w końcu pierwszym prysznicu po podróży (nie myłam się w samolocie, jak niesłusznie było wspomniane) lekko mi się przysnęło, więc jakoś chwilę po 9 zaczęliśmy jutrznie. Po jutrzni śniadanko, bo już o 10 mieliśmy jechać z Ojcem Tadeuszem na zakupy i przede wszystkim by wymienić pieniądze oraz zakupić karty SIM.

    Wybraliśmy się 4-osobową ekipą na te przygody a w międzyczasie w domu trwała walka, o której wspomnę później.

    Transport był bardzo afrykański, bo okazało się, że miejsca w samochodzie są dwa a ludzi 4, więc prosta matematyka ➡️ 3 osoby na pakę. Ksiądz Jan usiadł z prozdu, a ja z Natalią i Kubą rozsiedliśmy się na pace i tak zaczęliśmy załatwianie naszych spraw.

    Przystanek pierwszy: BANK

    Poszliśmy do banku, bo akurat nie było kolejki, a to nie jest takie oczywiste. Przelicznik to mniej więcej 1000 $ = 18500 kwacha zambijska (ZMW). Nie było to wspomniane ale pierwsze nasze zakupy wyniosły +/- 5000 ZMW, czyli około 1020 PLN. OD RAZU ZAZNACZAM, ŻE NIE JESTEŚMY ROZRZUTNI, tak po prostu wyszło. Kupiliśmy zapasy papieru toaletowego, proszek do prania, mikser i tak to się zebrało.

    Przystanek drugi: AIRTEL

    Po banku, jak już mieliśmy za co, poszliśmy kupic karty SIM, by mieć kontakt chociaż do siebie, Ojca Tadeusza i Siostry Marioli (wiemy, że nas czytają więc pozdrawiamy z sąsiedniego domu! 😎 ) Karty SIM jak to karty SIM… o dziwo zupełnie inaczej, bo bardzo sprawnie. Całkiem fajnie, że tak nam dobrze szło.

    Przystanek trzeci: CENTRUM HANDLOWE

    Pojechaliśmy wgłąb Lusaki, by odwiedzić największe centrum handlowe. Udaliśmy się do tutejszej Castoramy, by Ojciec załatwił potrzebne rzeczy a my w tym czasie mogliśmy pooglądać tutejsze wanny, umywalki i kibelki. Jak już bylismy w centrum handlowym to poszliśmy na zakupy spożywcze do dość dużego sklepu. Zakupy standardowe, troszkę warzyw, makaronu, wody, coli, trochę chemii gospodarczej no i całkiem fajne ciasteczka, które znaleźśmy już pierwszego dnia a są serio pyszne. Tym razem wydaliśmy dużo mniej 😉

    Po zeszłorocznych, kenisjkich doświadczeniach niestety ubolewam bardzo nad tym, że tutaj nie ma warzyw. Większość z nich jest sprowadzana z RPA albo innych krajów afrykańskich i kupujemy je normalnie, w sklepie spożywczym. Wracając pojechaliśmy na stację (dla zainteresowanych paliwo około 25 ZMW). Tam ucięliśmy sobie pogawędkę z panem od tankowania i słodkimi bombelkami, które za nami biegły, co było mega urocze i takie słodko-afrykańskie. Później udaliśmy się na jedyny w okolicy mini-targ i kupiśmy pomidory i te super miotly. Nie dogaliśmy się od razu z panią od pomidorów, więc kilka dni będziemy te pomidory jeść ale to dobrze (pomidory są w białej torbie).

    Po tych wszystkich zawirowaniach wróciliśmy do domu i dowiedzieliśmy się co reszta ekipy: Julie , Gabrysia i Ania robiły przez ten czas. No i zrobiły super rzecz: NALEŚNIKI.

    Ale słuchajcie, kochani – co to był za proces! Jak wiecie, kupiliśmy mikser i byłoby fantastycznie….aaaaaale nie było prądu. Zaznaczę, że naleśniki musiały być dla ośmiu głodnych osób. Nie wiem ile czasu zajęło samo robienie ciasta ale wiem, że było dorabiane.

    Więc tak, jak nie ma prądu to trzeba sobie radzić jakoś inaczej, więc tutaj Ania robiła to w następujący sposób:

    Uwierzcie mi – to były naprawdę idealne naleśniki! 😋

    Po obiedzie poszliśmy się przywitac z Siostrami ze Zgromadzenia Sióstr Służebniczek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej, które prowadzą Dom Dziecka w Kasisi. Już znaliśmy Siostrę Mariolę ale mogliśmy odwiedzić ją w domu, dowiedzieć się jak bedzie wyglądała nasza praca z dziećmi, co powinniśmy a czego nie powinniśmy robić. Przekazaliśmy potrzebne dla dzieci rzeczy: trochę opatrunków, dużo kaszek dla dzieci oraz sprzęt animacyjny, które mogliśmy zakupić dzięki pomocy Caritas Poznań. My, Siostry i dzieci bardzo dziękujemy 🤍 Następnie zwiedziliśmy Dom z Siostrą Janiną i poznaliśmy dzieciaki, do których udamy się jutro.

    Po wizycie w domu musieliśmy lecieć szybciutko na poznanie się z farmą, na której już jutro rano rozpoczniemy pracę. Ojciec Tadeusz oprowadził nas po farmie, powiedział co gdzie rośnie, co możemy sobie podjadać a na co musimy poczekać. Było też zwiedzanie stawu z rybami – tilapią zambijską (chyba?), wytłumaczenie całego procesu zarybiania i odrybiania i przerybrania. Lekko skomplikwoany proces – miejmy nadzieję, że jak już bedziemy ekspertami ds. ryb to wrócimy z opisem procesu.

    Następnie udaliśmy się do naszej kaplicy na Mszę Świętą razem z nieszporami. Po Eucharystii kolacja, wieczorna sesja internetowa i zbieraliśmy się na drzemkę, bo jutro jednak ciężki dzień. Zaczynamy Mszą Świętą o godz. 6:30, więc wypadałoby wstać szybciej niż o 6:25.

    Pozdrawiam cieplutko i jeszczę tu wrócę.

    /Zosia

    PS. w moim pokoju już nie ma karaluchów, więc w sumie jest dobrze – podobno rano były widziane w kuchni -> będziemy dawać znaki. Stan pająków i jaszczurek pozostaje bez zmian.

  • Dzień 0-1-2: Droga do celu!

    Dzień 0-1-2: Droga do celu!

    DZIEŃ 0 – 18 lipca

    Stało się! Rozpoczęliśmy tegoroczne doświadczenie misyjne w Zambii! Rozpoczęciem doświadczenia misyjnego była Msza o godz. 20. Był to czas wspólnego skupienia i modlitwy wraz z naszymi rodzinami. A następnie zjedliśmy pizzę w jeżyckiej przykościelnej salce przy ul. Kościelnej.

    Po pożegnaniach z rodzinami przystąpiliśmy do etapu przepakowywania walizek. 168 paczek kaszki oraz kilkanaście kartonów sprzętu animacyjnego dla zambijskich dzieci wymagało dobrej logistyki pakowania. Ku naszemu zaskoczeniu, niektórym z nas przepakowywanie zajęło tyle czasu, że ostatecznie zakończyliśmy je o godzinie 3 (tuż przed wyjazdem z Poznania). W międzyczasie trwało mycie włosów (dzięki łaskawości ks. Jana Markowskiego), mecz o 3. miejsce MS (i kosmiczny wynik 6:4) oraz rejestracja naszej podróży w programie Odyseusz. O 3 dotarł nasz kierowca i ruszyliśmy pierwszym środkiem transportu, który doprowadził nas do stolicy i w ten sposób płynnie przeszliśmy z dnia 0 do dnia nr 1.

    *Michael Jackson

    DZIEŃ 1 – 19 lipca
    Już na pierwszym lotnisku naszej trasy odczuwaliśmy lekkie zmęczenie po pierwszej nieprzespanej nocy. Wszystkie odprawy, kontrole odbyliśmy bezproblemowo, a dodatkowo pojawiła się nadzieja, że będziemy mieć blisko siebie miejsca siedzące.
    W trakcie lotu do Instambułu nastąpiły pierwsze testy samolotowego jedzenia.

    Ku naszej radości w Turkish Airlines przy każdym siedzeniu były ekrany. Dzięki temu mogliśmy dostrzec pasję Gabrysi, która została mianowana AKM-owym „gamer’em”. A Zosi ramię było dla mnie niezastąpionym ratunkiem podczas drzemek.

    Ja i ks. Jan radośnie oczekiwaliśmy przed naszym gate’m. Niestety dostaliśmy dwa zupełnie odrębne mniejsca… (Ale udało mi się przetransportować do dziewczyn).

    Po wylądowaniu, 5 godzin spędziliśmy na tureckim lotnisku, na którym Julietta (tak będziemy opisywać Julię Leśniak, iż jest to jej żywy pseudonim aktywnie używany przez wszystkich AKMo-wiczów) zakupiła zawyżone cenowo frytki w Burger Kingu, natomiast ja limonkową gałkę lodów. O 18:15 wystartowaliśmy do Addis Abeby i ten lot okazał się być najbardziej „all excuse me”, ponieważ otrzymaliśmy zwinięte, ciepłe chusteczki do umycia dłoni. Natomiast niektórzy zastosowali je do większej liczby części ciała, Zosia użyła ich do twarzy, szyi, pleców i pach (twierdzi, że bez pach, ale świadkowie zeznają inaczej). Niektórzy myśleli, że to przekąska, Kuba chciał skosztować cukierka, a Ania czekała na drugi fragment przystawki. Otrzymaliśmy również skarpetki i opaski na oczy oraz kocyki, które były ratunkiem przy mocnej klimatyzacji. Następnie przystąpiliśmy do kolorowania chomika Marvina.

    DZIEŃ 2 – 20 lipca
    Parę zabawnych wątków oraz próbach snu później wylądowaliśmy w Addis Abebie. Tam mieliśmy przesiadkę trwającą od godz. 24 do 10 rano. W związku z tym był potencjał na porządną (jak na taką podróż) drzemkę. Ks. Jan odnalazł zacne koło, które oblegliśmy tworząc lotniskową AKM-ową leżankę.

    O godz. 6 Ola Łączna (była AKM-owiczka i prezeska) wybudziła ks. Jana ze snu swoim entuzjastycznym „Szczęść Boże”. Zosia również nie spodziewała się takiej pobudki. Trzeba przyznać, że lotnisko w Etiopii nie jest oczywistym miejscem spontanicznego spotkania znajomej osoby.

    Dodatkowymi wątkami jest to, że nasza Julietta myślała, że widzi Wokulskiego, a parę minut później chciała wyrwać plecak jakiemuś mężczyźnie myśląc, że to jej (był to plecak tego pana xD).

    Weszliśmy do trzeciego samolotu, ale tym razem do Etiopian airlines, których wewnętrzny klimat dał nam różne skojarzenia – od baru mlecznego aż po fryzjera z lat 2000. Ten etap podróży od początku był intrygujący. Miałam odrębne miejsce, więc postanowiłam spytać pana Azjatę, który siedział przy Gabrysi i Julce o zamienienie się miejscami. Była to o tyle dziwna rozmowa, że gdy ja zwracałam się do niego w języku angielskim, to on odpowiadał w swoim oraz jednocześnie mówił coś do siebie i przez telefon. Ja odpowiadałam na jego komunikaty jakbym świetnie rozumiała to co mówi (cała ta interakcja sprawiła sporo radości Julce, Gabrysi, Kubie i Juliettcie). Finalnie pan się przesiadł za co byłam mu bardzo wdzięczna.

    Siedziałam obok naszej AKM-owej „game’rki”, więc testowałyśmy różne gry: bowling, the drops, puzzle, memory itd. Jak można się domyślić nasza gamerka mnie ogrywała. Gra w dropsy sprawiła nam najwięcej radości, ponieważ mocno kojarzyła się z falcimarem, który połykamy już od paru dni (profilaktyczny lek na malarię). Warto też wspomnieć, że kolorowanka Marvina ponownie była przez nas aktywnie użytkowana.

    Na lotnisku odebrali nas siostra Mariola oraz ojciec Tadeusz. Zapakowaliśmy walizki do bagażników i ruszyliśmy do Kasisi Mission. Po 35-godzinnej podróży niemal od razu wyjechaliśmy na zakupy spożywcze. W markecie Kuba dzielnie manewrował wózkiem sklepowym, który nie miał skręcających kół, a szczególną uwagę Zosi przyciągnął papier toaletowy „Sofia”.

    Na koniec dnia zjedliśmy wspólnie spaghetti, odmówiliśmy nieszpory, uczestniczyliśmy we Mszy Świętej w kaplicy znajdującej się w naszym domu i… zdaliśmy sobie sprawę z obecności nieproszonych gości. Karaluchy, jaszczurki oraz liczne (całkiem dużej wielkości) pająki. Podeszliśmy do sytuacji profesjonalnie, ponieważ znaleźliśmy odkurzacz, który służył nam do sprawnego wciągania stworów. Kuba zaopatrzony w czołówkę (jak gdyby całe życie się tym zajmował) dzielnie wyeliminował liczne pająki z naszych pokojów, za co jesteśmy bardzo wdzięczne. Warto zaznaczyć, że cała ekipa była zaangażowana w ten proces, a to była jedna z pierwszych afrykańskich niespodzianek, których pewnie jeszcze trochę nas czeka.

    W naszym domu nie mamy żadnego Internetu, dlatego mało się odzywamy. Jedyna opcja kontaktu ze światem jest z domu ojców. Jutro będziemy kupować karty sim. Miejmy nadzieję, że ta sprawa nie zajmie nam więcej niż 2 godziny…

    Jest to moje drugie doświadczenie misyjne i bardzo dobrze pamiętam, że moje ostatnie zdanie w ostatnim zeszłorocznym wpisie na bloga z Kenii brzmiało: „Afryko, mam nadzieję, że do zobaczenia!”. Za co dziś jestem bardzo wdzięczna, że nastąpiło to tak SZYBKO. Z ekscytacją czekam na najbliższe tygodnie i to ile mnie nauczą, dadzą radości, a także będą wymagać cierpliwości i akceptacji często niewygodnej i niezrozumiałej inności.

    Pozdrawiam serdecznie
    Natalia

    PS Karaluchy pod poduchy, dobranoc!

  • Poznajmy się! :)

    Poznajmy się! 🙂

    Szczęść Boże! Cześć! Jesteśmy ekipą z Akademickiego Koła Misjologicznego! Właśnie w tym roku lecimy do Zambii!

    oto my:

    Julia Bera

    Absolwentka Protetyki Słuchu i obecnie studentka kierunku Taniec w kulturze fizycznej. Moja przygoda z AKM trwa od tego roku. Kocham zarażać ludzi pasją do muzyki i tańca. Wyjazd na doświadczenie misyjne jest dla mnie wyjściem ze strefy komfortu. Mam nadzieje, że to doświadczenie przyniesie wiele owoców, w tym moje ulubione banany.

    Natalia Bożek

    Nazywam się Natalia Bożek i właśnie skończyłam drugi rok studiów Dialogu i Doradztwa Społecznego na Wydziale Teologicznym UAM. Do AKM-u należę od października 2024 roku. Dorywczo pracuję jako animatorka dla dzieci.

    Bardzo lubię, gdy w moim życiu dużo się dzieje, a dodatkowo, gdy czasami mam wątpliwości, czy podjąć się jakiegoś ciekawego wyzwania, to mam wtedy w sercu słowa śp. o. Jana Góry: “Rób rzeczy szalone z Bogiem się uda”. Myślę, że między innymi właśnie te kwestie sprawiły, że postanowiłam wziąć udział w tegorocznym doświadczeniu misyjnym.

    Julia Leśniak i Jakub Dobosz

    Część, jestem Kuba i pochodzę z Torunia, a na co dzień jestem studentem na Wydziale Nauk Geograficznych i Geologicznych Uniwersytetu imienia Adama Mickiewicza i studiuje Geodezję i kartografię. Moim hobby jest gra na gitarze i przeżywania niekonwencjonalnych przygód. W AKM jestem już drugi rok i bardzo się związałem z tym kołem, dlatego bardzo się cieszę, że po kolejnym roku formacji mogę z nimi jechać na doświadczenie misyjne. Nie wiem co mnie czeka podczas tego doświadczenia, ale wierzę że będzie to owocny i pełen przygód wyjazd. 🙂

    Julia: Od października studentka 3 roku Dialogu i doradztwa społecznego. Moja przygoda z akaemem rozpoczeła się w październiku 2024, jednak tegoroczne doświadczenie misyjne będzie moim pierwszym.

    Dorywczo pracuję z dziećmi-wcześniej jako animatorka w bawialni, obecnie przygotowuję się do pracy jako trenerka na zajęciach pozalekcyjnych. Cieszę się więc, że duża część naszej pracy w Zambii będzie polegała na opiece oraz zabawie z dziećmi.

    Myślę, że doświadczenie misyjne będzie dla mnie ogromną lekcją. Chciałabym nauczyć się przede wszystkim większego zaufania do Boga, większej miłości do drugiego człowieka oraz większej wdzięczności za to, co posiadam w życiu codziennym. Podczas przygotowań do wyjazdu oraz aktualnie(podczas podróży do Zambii) umacniają mnie słowa z 2 listu do Koryntian. 2 Kor 12,9-„Wystarczy Ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali.”

    Ania Tomaszewska

    Skończyłam technikum odzieżowe na profilu technik przemysłu mody, a obecnie jestem po pierwszym roku dialogu dialogu i doradztwa społecznego na UAM. Przez ostatnie parę lat prowadziłam grupy formacyjne dla dzieci i młodzieży przy parafii i na rekolekcjach wakacyjnych. Był to cudowny i owocny czas służby, dzielenia się słowem i miłoscią Pana Boga.

    W AKM jestem od tego roku i to będzie moje pierwsze doświadczenie misyjne. Pomysł na taki wyjazd zrodził się we mnie parę lat temu i powoli dojrzewał, aż do tego momentu. Wierzę w to, że Pan Bóg ma cudowny plan na nasze życie i marzenia które zasiewa w naszych sercach nie są bez powodu.

    ks. Jan Markowski

    Od 2014 roku prezbiter Archidiecezji Poznańskiej. Pochodzę z par. pw. św. Andrzeja Boboli w Rawiczu, a w ostatnich latach pracowałem w parafiach Chrystusa Jedynego Zbawiciela w Swarzędzu, św. Andrzeja Boboli w Poznaniu, aktualnie NSJ i św. Floriana w Poznaniu. Już w krótce (od 25.08.2026) rozpoczynam swoją posługę w par. pw. św. Barbary w Luboniu. W roku 2018 uczestniczyłem z grupą Wolontariatu Misyjnego z Junikowa w wyjeździe do Etiopii gdzie pracowaliśmy w szpitalu sióstr Misjonarek Miłości w Jimmie. Natomiast w ubiegłym roku z Akademickim Kołem Misjologicznym wbrałem się na doświadczenie misyjne do Kenii; tam działaliśmy w parafii w Isiolo.

    Ukończyłem LO nr 1 w Rawiczu, Niepubliczną Szkołę Muzyczną 1 stopnia w Rawiczu, 2 lata studiowałem na Wydziale Budownictwa Lądowego i Wodnego Politechniki Wrocławskiej, a w roku 2014 ukończyłem studia teologiczne w Poznaniu oraz licencjat z teologii w 2019 roku. W latach 2018-2024 byłem kierownikiem Poznańskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę. Aktualnie jestem wikariuszem na poznańskich Jeżycach oraz uczę religii w Społecznej Jedynce w Poznaniu. Poza duszpasterstwem parafialnym uczestniczę w spotkaniach Duszpasterstwa Młodych Małżeństw przy par. pw. św. Rocha w Poznaniu. W wolnym czasie nieustannie góry, woda i ciekawe miejsca, ludzie oraz muzyka.

    Zosia Ekert

    Skończyłam już kilka kierunków ale obecnie studiuje dialog i doradztwa społeczne a także organizuję międzynarodowe konfernecje naukowe.

    Empatyczna ekstrawertyczka całkowicie zachwycona światem i drugim człowiekiem. Uwielbiam dobre jedzenie, zachody Słońca i długie rozmowy, które zwykle zaczynają się w środku nocy a kończą nad ranem.

    Wszystko stworzone przez Boga jest cudowne, tylko należy to dostrzec.

    Gabrysia Zwolińska

    Skończyłam pierwszy rok studiów na kierunku Ratownictwo Medyczne na Uniwersytecie Medycznym. Uwielbiam odkrywać świat podczas długich spacerów oraz poznawać w ten sposób nowe, nieznane miejsca. Jest to mój pierwszy rok w AKM, jednak tegoroczne doświadczenie misyjne będzie już moim drugim. Wierzę, że ten wyjazd będzie dla mnie okazją do niesienia pomocy, zdobycia cennych doświadczeń oraz rozwoju.