DZIEŃ 0 – 18 lipca

Stało się! Rozpoczęliśmy tegoroczne doświadczenie misyjne w Zambii! Rozpoczęciem doświadczenia misyjnego była Msza o godz. 20. Był to czas wspólnego skupienia i modlitwy wraz z naszymi rodzinami. A następnie zjedliśmy pizzę w jeżyckiej przykościelnej salce przy ul. Kościelnej.

Po pożegnaniach z rodzinami przystąpiliśmy do etapu przepakowywania walizek. 168 paczek kaszki oraz kilkanaście kartonów sprzętu animacyjnego dla zambijskich dzieci wymagało dobrej logistyki pakowania. Ku naszemu zaskoczeniu, niektórym z nas przepakowywanie zajęło tyle czasu, że ostatecznie zakończyliśmy je o godzinie 3 (tuż przed wyjazdem z Poznania). W międzyczasie trwało mycie włosów (dzięki łaskawości ks. Jana Markowskiego), mecz o 3. miejsce MS (i kosmiczny wynik 6:4) oraz rejestracja naszej podróży w programie Odyseusz. O 3 dotarł nasz kierowca i ruszyliśmy pierwszym środkiem transportu, który doprowadził nas do stolicy i w ten sposób płynnie przeszliśmy z dnia 0 do dnia nr 1.



*Michael Jackson
DZIEŃ 1 – 19 lipca
Już na pierwszym lotnisku naszej trasy odczuwaliśmy lekkie zmęczenie po pierwszej nieprzespanej nocy. Wszystkie odprawy, kontrole odbyliśmy bezproblemowo, a dodatkowo pojawiła się nadzieja, że będziemy mieć blisko siebie miejsca siedzące.
W trakcie lotu do Instambułu nastąpiły pierwsze testy samolotowego jedzenia.


Ku naszej radości w Turkish Airlines przy każdym siedzeniu były ekrany. Dzięki temu mogliśmy dostrzec pasję Gabrysi, która została mianowana AKM-owym „gamer’em”. A Zosi ramię było dla mnie niezastąpionym ratunkiem podczas drzemek.

Ja i ks. Jan radośnie oczekiwaliśmy przed naszym gate’m. Niestety dostaliśmy dwa zupełnie odrębne mniejsca… (Ale udało mi się przetransportować do dziewczyn).

Po wylądowaniu, 5 godzin spędziliśmy na tureckim lotnisku, na którym Julietta (tak będziemy opisywać Julię Leśniak, iż jest to jej żywy pseudonim aktywnie używany przez wszystkich AKMo-wiczów) zakupiła zawyżone cenowo frytki w Burger Kingu, natomiast ja limonkową gałkę lodów. O 18:15 wystartowaliśmy do Addis Abeby i ten lot okazał się być najbardziej „all excuse me”, ponieważ otrzymaliśmy zwinięte, ciepłe chusteczki do umycia dłoni. Natomiast niektórzy zastosowali je do większej liczby części ciała, Zosia użyła ich do twarzy, szyi, pleców i pach (twierdzi, że bez pach, ale świadkowie zeznają inaczej). Niektórzy myśleli, że to przekąska, Kuba chciał skosztować cukierka, a Ania czekała na drugi fragment przystawki. Otrzymaliśmy również skarpetki i opaski na oczy oraz kocyki, które były ratunkiem przy mocnej klimatyzacji. Następnie przystąpiliśmy do kolorowania chomika Marvina.


DZIEŃ 2 – 20 lipca
Parę zabawnych wątków oraz próbach snu później wylądowaliśmy w Addis Abebie. Tam mieliśmy przesiadkę trwającą od godz. 24 do 10 rano. W związku z tym był potencjał na porządną (jak na taką podróż) drzemkę. Ks. Jan odnalazł zacne koło, które oblegliśmy tworząc lotniskową AKM-ową leżankę.


O godz. 6 Ola Łączna (była AKM-owiczka i prezeska) wybudziła ks. Jana ze snu swoim entuzjastycznym „Szczęść Boże”. Zosia również nie spodziewała się takiej pobudki. Trzeba przyznać, że lotnisko w Etiopii nie jest oczywistym miejscem spontanicznego spotkania znajomej osoby.

Dodatkowymi wątkami jest to, że nasza Julietta myślała, że widzi Wokulskiego, a parę minut później chciała wyrwać plecak jakiemuś mężczyźnie myśląc, że to jej (był to plecak tego pana xD).
Weszliśmy do trzeciego samolotu, ale tym razem do Etiopian airlines, których wewnętrzny klimat dał nam różne skojarzenia – od baru mlecznego aż po fryzjera z lat 2000. Ten etap podróży od początku był intrygujący. Miałam odrębne miejsce, więc postanowiłam spytać pana Azjatę, który siedział przy Gabrysi i Julce o zamienienie się miejscami. Była to o tyle dziwna rozmowa, że gdy ja zwracałam się do niego w języku angielskim, to on odpowiadał w swoim oraz jednocześnie mówił coś do siebie i przez telefon. Ja odpowiadałam na jego komunikaty jakbym świetnie rozumiała to co mówi (cała ta interakcja sprawiła sporo radości Julce, Gabrysi, Kubie i Juliettcie). Finalnie pan się przesiadł za co byłam mu bardzo wdzięczna.

Siedziałam obok naszej AKM-owej „game’rki”, więc testowałyśmy różne gry: bowling, the drops, puzzle, memory itd. Jak można się domyślić nasza gamerka mnie ogrywała. Gra w dropsy sprawiła nam najwięcej radości, ponieważ mocno kojarzyła się z falcimarem, który połykamy już od paru dni (profilaktyczny lek na malarię). Warto też wspomnieć, że kolorowanka Marvina ponownie była przez nas aktywnie użytkowana.




Na lotnisku odebrali nas siostra Mariola oraz ojciec Tadeusz. Zapakowaliśmy walizki do bagażników i ruszyliśmy do Kasisi Mission. Po 35-godzinnej podróży niemal od razu wyjechaliśmy na zakupy spożywcze. W markecie Kuba dzielnie manewrował wózkiem sklepowym, który nie miał skręcających kół, a szczególną uwagę Zosi przyciągnął papier toaletowy „Sofia”.

Na koniec dnia zjedliśmy wspólnie spaghetti, odmówiliśmy nieszpory, uczestniczyliśmy we Mszy Świętej w kaplicy znajdującej się w naszym domu i… zdaliśmy sobie sprawę z obecności nieproszonych gości. Karaluchy, jaszczurki oraz liczne (całkiem dużej wielkości) pająki. Podeszliśmy do sytuacji profesjonalnie, ponieważ znaleźliśmy odkurzacz, który służył nam do sprawnego wciągania stworów. Kuba zaopatrzony w czołówkę (jak gdyby całe życie się tym zajmował) dzielnie wyeliminował liczne pająki z naszych pokojów, za co jesteśmy bardzo wdzięczne. Warto zaznaczyć, że cała ekipa była zaangażowana w ten proces, a to była jedna z pierwszych afrykańskich niespodzianek, których pewnie jeszcze trochę nas czeka.



W naszym domu nie mamy żadnego Internetu, dlatego mało się odzywamy. Jedyna opcja kontaktu ze światem jest z domu ojców. Jutro będziemy kupować karty sim. Miejmy nadzieję, że ta sprawa nie zajmie nam więcej niż 2 godziny…
Jest to moje drugie doświadczenie misyjne i bardzo dobrze pamiętam, że moje ostatnie zdanie w ostatnim zeszłorocznym wpisie na bloga z Kenii brzmiało: „Afryko, mam nadzieję, że do zobaczenia!”. Za co dziś jestem bardzo wdzięczna, że nastąpiło to tak SZYBKO. Z ekscytacją czekam na najbliższe tygodnie i to ile mnie nauczą, dadzą radości, a także będą wymagać cierpliwości i akceptacji często niewygodnej i niezrozumiałej inności.
Pozdrawiam serdecznie
Natalia
PS Karaluchy pod poduchy, dobranoc!

Dodaj komentarz