Dzisiejszy dzień zaczęliśmy o 6:30 od Mszy Świętej w parafii. Kościół znajduje się za naszym domkiem, więc zbiórka która miała być o 6:23 była o 6:29, na szczęście udało nam się zdążyć. Eucharystia była w języku angielskim, natomiast siostry prowadziły śpiew w ich języku z użyciem instrumentów.
Wychodząc z kościoła spotkaliśmy siostrę która przez 7 lat mieszkała w Polsce. Msza trwała trochę dłużej niż myśleliśmy, więc szybko przygotowaliśmy śniadanie (przed którym udało nam się zabić w kuchni jednego karalucha!) i poszliśmy z lekkim opóźnieniem (12 minut – mniej niż kwadrans studencki) na pole do pracy. Ojciec Tadeusz (pozdrawiamy!) rozdzielił nas na dwie grupy. Ja, Zosia i Gabi dostałyśmy zadanie znaleźć kobiety, które powiedzą nam co dalej, dlatego poszłyśmy przed siebie i szukałyśmy. Doszłyśmy do miejsca gdzie uprawiają warzywa i inne rośliny. Pierwszym naszym zadaniem było przyniesienie worków z rolkami od papieru toaletowego do miejsca gdzie na początku spotkaliśmy się z ojcem. Nie zdawałyśmy sobie wcześniej sprawy jak bardzo mogą być ciężkie takie worki. Niestety jeden worek ucierpiał, bo Zosia nim zahaczyła o coś co rozerwało jego dół, więc musiałyśmy zrobić przerwę na ogarnięcie tej trudnej sytuacji i ruszyłyśmy z powrotem w drogę.

Kolejnym zadaniem było ścięcie tego czegoś

Niestety nadal nie wiem co to jest, bo pani (niestety nie pamiętam jak miała na imię) powiedziała nam co to w swoim języku. Na początku dostaliśmy do tego nożyczki ale pani widząc jak nam to opornie idzie przyniosła nam sierpy. I to był jej błąd, bo od pierwszego użycia Zosia prawie ucięła sobie dolną kończynę, bo wbiła go sobie w nogę (na szczęście skończyło się tylko na siniaku), chwilę później, ja tak się zamachnełam że go rozwaliłam i zostałam z kijem w ręku a sierp na ziemi (oczywiście udało mi się go szybko naprawić). Pani spojrzała na nas z zażenowaniem i po chwili gdy już zaczęło nam wychodzić wróciła do swojej pracy.

Jeśli ktoś nie zauważył, to powyższe zdjęcie przedstawia Zosię i Gabrysię, które trzymaja sierpy w kształcie serca.
Praca poszła nam całkiem sprawnie i po godzinie miałyśmy pielić jarmuż z użyciem haczki, w trakcie pracy i rozmów z panią przyszedł ojciec Tadeusz i poinformował nas, że Julkę pokonała alergia i poszła się leczyć do naszego domku, Natalia zaginęła w drodze do nas, więc któraś z nas ma ich zastąpić. Dlatego udałam się w następne miejsce, gdzie była Julietta, ks Jan i Kuba. Tam się okazało, że robią kompostownik z siana, liści, drożdży, kapusty i wody. W momencie w którym ja byłam braliśmy trawę i usypywaliśmy w wymiarach 2x2x1 m, następnie wchodziliśmy na to i ugniataliśmy.


Po około 15 minutach mojego pobytu tam okazało się że jest potrzeba dziewczyna do pomocy przy rybach, więc się zgłosiłam że mogę pomóc. Udałam się w tamto miejsce i moim kolejnym zadaniem było łowienie ryb. Dostałam super gumowy kombinezon i razem z panią (niestety jej imienia też nie pamiętam) i Peterem łowiliśmy ryby, a dokładniej tilapie zambijskie. Polegało to na tym że byliśmy w takim basenie z wodą ja razem z panią z dwóch stron w specjalny sposób (dojście do porozumienia jak to mam robić trochę czasu nam zajęło, ponieważ mówili do mnie w swoim afrykańskim angielskim lub po prostu we własnym języku, ale w końcu zrozumiałam co mam robić) trzymałyśmy za siatkę rybacką i zagranialyśmy je do końca i następnie z siatki Peter liczył i wkładał do wiadra. Z złapanymi rybami szliśmy do kolejnych, tym razem większych basenów, i tam je wypuszczaliśmy, niestety jedna rybka nie przeżyła tej przygody i umarła. To był bardzo smutny widok, bo widziałam jej ostatni oddech po czym już się nie ruszała. I w taki sposób pracowaliśmy do momentu aż wszystkie ryby z tego basenu (a było ich bardzo dużo) przenieśliśmy do innych większych na zewnątrz. W tym momencie przyszedł ks Jan i chciał zrobić mi zdjęcie (które zaraz zobaczcie) chcieli mi do niego dać rybę do ręki, ale już wcześniej trzymałam je w rękach i nie spodobało mi się to, także powiedziałam że już nie chcę, więc Peter dał mi tamtą która już nie żyła i kazał w jakiś specjalny sposób wsadzić rękę w tą rybę. To było mega dziwne, nie polecam (niech moja uśmiechnięta mina na zdjęciu was nie zmyli, byłam wtedy bardzo przerażona)

Później razem z Peterem szukaliśmy dziur w pustym basenie na ryby (te baseny są z takiej czarnej grubiej gumy, ale czasami robią się dziury więc trzeba ją łatać) i czyściliśmy je i czerwonym markerem zaznaczyliśmy. W trakcie rozmowy okazało się że mój rozmówca umie rysować i pokazał mi swój talent na ściance basenu markerem

Tak zakończyła się tego dnia moja praca na farmie. Dla wyjaśnienia Natalia dotarła do dziewczyn, a Julka została wywieziona autem na inną część farmy i tam wyrywała chwasty z pewną panią i jej synkiem. Julietta miła pokaleczone ręce od trawy, ale sytuacja opanowana i już później jak prawdziwy farmer pracowała w koszuli w kratę.

Następnie wszyscy udaliśmy się na nieszpory i przepyszny obiadek, który przygotowała Natalia z Kubą. Był to makaron ze szpinakiem (chociaż niektórzy twierdzą że to było coś innego) zerwanym z pola. Następnie udaliśmy się do domu dziecka.

Podzieliliśmy się na cztery grupy i zaczęliśmy zabawy z dziećmi. Ja razem z Kubą mieliśmy grupę młodszych chłopców, którzy od razu jak nas zobaczyli bardzo się ucieszyli, podbiegli i z ogromnym zaciekawieniem pytali nas co mamy ze sobą. Do zabawy zabraliśmy chustę klanze, piłkę nożną i piłeczki tenisowe. Na początku dużym zainteresowaniem okazała się zapakowana w torbie chusta, którą wspólnie wyjeliśmy i zaczęliśmy zabawę, później odbył się mecz piłki nożnej, a na samym końcu wyjęliśmy piłeczki, które rzucaliśmy do siebie. W między czasie rozmawiałam z chłopcami, którzy nie byli zainteresowani grą ale pudełkiem po piłkach, które musiałam co chwilę otwarać, bo nie wierzyli mi że tam już nic nie ma oraz moją żółtą sukienką w kwiatki (która została z każdej strony dokładnie obejrzana i dotknięta) i materiałowym paskiem do niej, na którym chłopcy ćwiczyli węzły marynarskie. Dużym zainteresowaniem cieszyły się również moje włosy. Z chłopakami liczyliśmy piłki, których mieliśmy cztery, ale okazało się że potrafią liczyć aż do 30 (więc przez parenaście minut w kółko liczyliśmy), robiliśmy też piruety i podskoki.
Inne grupy też dobrze się bawiły, niektórzy tak dobrze że musieli się umyć po powrocie z najmłodszą grupą z moczu (Zosia i Julietta, mówią że to od dzieci ale nie wiadomo czy to prawda, ale nie oceniamy w końcu każdemu może się zdarzyć).
Postanowiliśmy zrobić pranie, bo już niektórym kończą się niektóre części odzieży, niestety napotkaliśmy pewien problem w postaci pralki, która nie chciała się włączyć. Na szczęście pomógł nam Ojciec Tadeusz, niestety w trakcie naprawiania woda oblała ojca i Zosię (i tutaj możecie się domyśleć, że jest ona główną osobą przez którą pojawił się pomysł zrobienia prania, bo pobrudziła już tego dnia dużo ubrań w dziwnych okolicznościach)
Po powrocie zachwycaliśmy się zachodem słońca i poszliśmy na spacer do sióstr po jedzonko (za które bardzo mocno dziękujemy!), bo jednak 8 osób które pracują cały dzień je bardzo dużo i już nam się wszystko skończyło.

Ostatnim punktem dnia była nasza wspólna kolacja i chwila na skorzystanie z internetu w domu ojców (za co również dziękujemy!).
I tak zakończył się kolejny dzień.
Pozdrawiam cieplutko
Ania
Ps Dla osób które zastawiają się co robiłam na wczorajszym filmiku z butlą, to był sposób na wymieszanie składników na naleśniki w butelce. Mega polecam spróbujcie u siebie w domu

Dodaj komentarz