MSZA
Witam, tu Julietta(ten pseudonim to wymysł Natalii jakby co, który niesamowicie ją bawi. Najgorzej jak ludzie pytają czy serio mam tak na imię(to akurat nie tu tylko w Polsce).Tak jak wczoraj, dzień rozpoczeliśmy poranną mszą o 6.30, której tym razem przewodniczył nasz opiekun- ks.Jan. Ku naszemu zdziwieniu msza okazała się być mniej więcej o połowe krótsza niż wczorajsza ze względu na krótsze, treściwe kazanie.Wczoraj w biegu, a dziś
bardziej na spokojnie zjedliśmy śniadanie, po czym przygowaliśmy się do pracy w polu.
PRACA NA FARMIE
Podział ról pozostał taki sam jak wczoraj, poza jednym wyjątkiem.Tym razem Ania poszła robić kompostownik, a ja do rybek.
Co ciekawe Ania twierdzi, że chłopak z którym wczoraj pracowała to Peter, a ja uważam,że ma na imię Roman(pracowałyśmy z tym samym). Generalnie dogadanie się z nim stanowiło dla nas trudność, bo jednak tak jak wspominała wczoraj Ania okazuję się, że Zambijski angielski różni się trochę od angielskiego, używanego przez polaków.Ale było sympatycznie,trochę pogadaliśmy, posłuchaliśmy muzyki. Znałam nawet 2 piosenki, które puścił Pan Peter/Roman(może jutro się dowiemy).Podobnie jak Ania wczoraj, zaznaczałam dziury w basenie i czyściłam ich okolice, przed ich załataniem.

Początkowo miałam pracować ze sprzętem widocznym na zdjęciu powyżej, jednak mimo wcześniejszego ustawiania kabli przez Romana(jako, że dziś ja piszę niech to będzie Roman) to urządzonko nie zadziałało(zresztą chyba widać po mojej minie).Roman wraz z Ojcem Tadeuszem próbowali ogarnąć sytuacje, jednak akcja nie przyniosła oczekiwanych skutków.

Oprócz tego Roman pokazał mi baseny z rybkami, jak je karmić oraz wytłumaczył jak działają rury, które przenoszą wodę z jednego basenu do drugiego. Raz na jakiś czas odpytywał mnie, żeby zobaczyć czy zrozumiałam i szczerze mówiąc szło mi średnio. Raz lepiej raz gorzej, generalnie myślę, że nawet gdyby tłumaczył mi to po Polsku mogłoby nie być dużo lepiej. Rury i te sprawy – średnio moje koniki. Na koniec poszliśmy wyławiać liście i inne tego typu roślinki. Sprzęt do wyławiania był ciężki +bolały mnie plecy podczas tego zadania, więc cieszę się, że zabraliśmy się za to dopiero pod koniec czasu mojej pracy. Między wykładem Romana o rurach, a wyławianiem liści nastąpił dość ciekawy, trochę dziwny side quest. Chyba z uwagi na to, że dopytałam o coś dotyczącego jednej z rur Roman zabrał mnie do pracujących obok inżynierów(tak ich nazwał). W skórcie podeszliśmy do trzech pracujących chłopów, przy czym Roman zabierał im sprzęty, których używali i dawał mi lub kazał im mi je dać, żebym mogła spróbować(myślę, że byli w szoku).
U Zosi,Natalii i Gabrysi na polu pojawiły się ciekawe, trochę dziwne, a przede wszystkim niespodziewane wątki.Dzisiejszym zadaniem dziewczyn było przesadzanie sałat oraz odkrywanie cubuli, aby mogła wyrosnąć za pomocą słońca. Podczas pracy przy sałacie Zosia wlazła w kującą rośline, której kolce wbiły jej sie w spodnie, a co za tym idzie bezproblemowo dotarły również do nóg. Jak możecie się domyślać trochę przypał, Zosie bolało no i wyjęcie tych kolców z nóg i spodni nie było najprostszym zadaniem. Naszczęście Natalia przyszła jej z pomocą, co widać na zdjęciu poniżej

Krótkie leżakowanie również miało miejsce, podobno powstały przy okazji klopsy z piasku(wytwór Natalii) oraz dzieło Gabrysi w postaci szałasów z patyków.Trochę dziwna sprawa,ale słuchamy nie oceniamy.

W międzyczasie dziewczyny rozmawiały również z miejscowymi Paniami, które pracują na tym polu i jak to Gabrysia powiedziała~”Nie wiem jak do tego doszło, ale w pewnym momencie Pani pokazywała nam jak ludzie w Afryce płaczą na pogrzebach”.(mocny side quest)

Na zdjęciu powyżej widzimy prace Julki przy morindze. Dzisiaj pieliła grządki i miała 5 minut relaksu z Paniami. Afrykański angielski Pani, z którą pracowała tak jak u mnie i u Ani nie pomagał w skutecznej komunikacji, jednak Julka ogarniała coraz lepiej, a nawet już zauważyła postępy w rozumieniu oraz dogadywaniu się z Panią.

U ks.Jana, Kuby i Ani przez większą część dnia żyłam w przekonaniu, że nic szczególnie nowego się nie wydarzyło. No w końcu w tą wersję zdarzeń Szanowni brneli prawie do końca dnia. W końcu jednak dowiedziałam się, że Ania nadziała się na widły i ma ogromnego siniaka…
Aniu trzymaj się tam
OBIAD I ZAKUPY
Po pracy zjedliśmy na obiad jajka sadzone z ziemniakami oraz szpinakiem, zaserwowane przez ks.Jana oraz Gabrysie.
Po obiedzie Julka, Ania oraz Natalia pojechały z Ojcem Tadeuszem na zakupy(ostatnie możliwe w tym tygodniu, więc miejmy nadzieję, że wszystkiego nam starczy) Naszczęście mamy dostęp do warzyw z farmy dzięki Ojcu Tadeuszowi, a do tego dostajemy jeszcze Jajka i chleb od Ojca lub sióstr, za co jesteśmy wdzięczni. Jeśli to czytają Pozdrawiamy cieplutko i bardzo dziękujemy!

Podobno Ojciec Tadeusz nadawa szybkiego tempa, dzięki czemu dziewczyny szybko do nas wróciły. Dodam jeszcze, iż pake przejęły tym razem Ania i Julka, a Natalia z razem z Ojcem z przodu prowadziła rozmowy, jak twierdzi na ciekawe tematy.

ZABAWA Z DZIECMI
Tak jak wczoraj około 14 wyruszylismy do dzieci z Domu Dziecka Kassisi,prowadzonego przez Siostry Służebniczki.Dzisiejsze zabawy miały kompletnie inny klimat od tego, co przeżyłyśmy wczoraj. Dzisiaj nie przysiadło nam się na kałuże moczu(serio było ich pełno), a Zosia nie została obsikana, więc myślę, że sukces. Dementując domysły Ani, na całe szczęście nie mamy póki co problemów z trzymaniem moczu. Choć akurat wczoraj przy 2 latkach nie raczej zrobiłoby to nikomu żadnej różnicy. Dzisiaj bawiłam się naprawdę świetnie, napoczątku do grupy najstarszej trafiłam ja razem z Kubą, a Zosia, Gabrysia i ks.Jan trafili do trochę młodszej grupy.
Z fan factów o których się dowiedziałam Zosia została ugryziona przez jedno dziecko. W dodatku w kierunku Zosi wystrzelił wąż ogrodowy z wodą. Mimo braku moczu na ubraniach, Zosia i tak musiała się przebrać. Wczoraj obsikana, dzisiaj ugryziona i oblana wodą-trochę trudne te początki.

Gdy przyszliśmy z Kubą do naszej grupy pierwsze bądź jedno z pierwszych pytań jakie uslyszalismy brzmiało „Where is Father Jon”. Definitywnie ks.Jan musiał wczoraj zrobić niezłą furrore.
Na początku ja prowadziłam zabawy z chustą klanzą, a Kuba zajął się zabawą z piłką.Fun fact nie wiedziałam jak jest chusta po angielsku, więc czasem nazywałam ją po prostu „this” i pokazywałam palcem na chustę. Czasem jednak trochę bardziej mnie poniosło i mówiłam dzieciom, że to uwaga „chust”, w skrócie trochę wstyd, ale i tak udało nam się dogadać bez wiekszych problemów. Słyszałam już sporo o tym, że dzieci w Afryce bardzo doceniają najmniejsze rzeczy i są chętne praktycznie na każdą zabawę, jednak dzisiaj pierwszy raz mogłam tego faktycznie doświadczyć.Mimo, że sporo brakuję mi do super umiejętności posługiwania się angielskim dzieci słuchały mnie uważnie i aktywnie uczestniczyły w zabawach. Nie ważne co powiedziałam One zawsze były na tak. To było wspaniałe. Bardzo różnią się pod tym względem od wielu Polskich dzieci, tak jak pisałam w zakładce poznajmy się, przez jakiś czas miałam okazję prowadzić zabawy dla dzieci w Poznańskiej bawialni, z powodu czego pozwoliłam sobie na takie porównanie. Po pewnym czasie zabaw, dzieci powiedziały, że chciałyby zatańczyć, więc Kuba szybko pobiegł do swojego pokoju po głośnik. Dzieci były niesamowicie zaangażowane w układy, a do tego nawet dawały swoje propozycje dotyczące tańca które już znają
(Głównie kowbojka pojawiała się w ich propozycjach).Tanczylismy jeszcze do chocolate,macareny, taki duży taki mały może świętym być oraz góry do góry. Około 15.30 do naszej grupy dołączyła cała nasza ekipa(dziewczyny wróciły ze sklepu dynamizmu do całej zabawy. Podzieliliśmy się na kilka grup, dzięki czemu dzieciaki mogły wybrać sobie różne zabawy. Największą furrorę zrobiły tańce. Pamiętajmy, że Julka jest profesjonalną tancerką + ma nieskończoną ilość energii. Reszta z nas ledwo nadążała, ale muszę powiedzieć, że mimo to świetnie się bawiłam.

Oprócz tańców był kącik zbijaka,piłki nożnej, freezby i skananki, śpiewania i znów zabawy z chustą klanzą. Dla mnie w szczególności wyjątkowe okazało się śpiewanie z dzieciakami zaproponowanych przez nich piosenek w ich języku Njanji. Energia + tańce, które temu towarzyszyły były bardzo żywe i towarzyszyło im wiele uśmiechu.
ROZMOWA Z SIOSTRĄ
Teraz cofnę się na chwilę w czasie, bozanim poszlam do dzieci wpadłam na chwile do siostry Marioli, która opiekuje się domem dziecka w Kassisi. Okazało się, że siostra pochodzi z miasta, w którym mieszka moja Ciocia(dokładniej mówiąc siostra mojego taty), a co za tym idzie miały okazję się spotkać 7 lat temu.Z tego względu zdecydowałam się podejść do siostry, pokazać jej zdjęcie, na którym pozują razem i pozdrowić ją od Cioci. Okazało się, że siostra doskonale pamięta zarówno to spotkanie jak i moją Ciocie, a w dodatku bardzo się ucieszyła i sama zaproponowała, abyśmy zrobiły sobie zdjęcie i wysłały z pozdrowieniami do Cioci.

Ponadto okazało się, że znam księdza z siostry rodziny, a Kuba zna innego ksiedza którego również zna siostra. Świat jest naprawdę mały.
PS Pozdrawiam serdecznie moją Ciocie Kasię!
WYCIECZKA NA ZACHÓD
Po zabawie z dziećmi trochę odpoczęliśmy i postanowiliśmy wybrać się na oglądanie zachodu słońca z miejsca, w którym widok jest podobno najlepszy. Generalnie ta akcja trochę nam nie wyszła, z uwagi na to, że za późno wyszliśmy.

Dotarliśmy jednak nad staw, więc uważam, więc myślę że i tak warto było się przejść.

Mamy kubki ze sobą, dlatego,że dla lepszego klimaciku wzięliśmy kawusie na wynos. Właśnie m.in. to nas opóźniło, jednak pamiętajmy, że to szczegół, a klimacik był. Co prawda wylało mi się trochę tej kawy po drodze, ale to również szczegół.
(ks.Jan i Kuba też byli jakby co-robili za fotografów, więc mamy girls zdjęcie)
Natalia chwilę po zrobieniu zdjęcia postanowiła gwizdać nad moim uchem. Trochę dziwna sprawa nie wiadomo czy się niepokoić czy śmiać, jak widać na zdjęciu wybrałyśmy tą drugą opcję.

Dziewczyny też miały z czegoś beke, więc myślę, że totalna klasa to wyjście

KARALUCHY POD PODUCHY
Pod koniec dnia zawitali do nas nieproszeni goście w postaci karaluchów. Było parę dni spokoju, jednak Szanowni postanowili do nas wrocic. Dowiedzieliśmy się o tym w dość nietypowy sposób. Jeden z ziomeczkow wyskoczył ze zlewu, gdy Kuba mył naczynia. Poraz kolejny Kuba inżynier specjalista od robaków skorzystał ze swojego profesjonalnego sprzętu w postaci odkurzacza.Tym razem jednak nie przyniosło to oczekiwanych skutków.
SIDE QUEST
Jeszcze wspomnę tylko o jednej sytuacji, która bardzo mnie rozbawiła, choć może nie powinna. Oprócz karaluchów regularnie odwiedzają nas pająki, jednak ten o którego teraz mi chodzi był w top 1 największych pająków, jakie do tej pory widzialam. Potem Zosia pokazała mi swoich towarzyszy z sufitu w takiej samej wielkości, więc okazało się, że po prostu miałam farta, że wcześniej takiego nie widziałam. Co ciekawe postanowił indywidualnie odwiedzić Gabrysię podczas jej wizyty w toalecie( w jednej ze wspólnych na dole, czyli kręcimy się tam codziennie, więc nie trudno było go zauważyć). Nie ukrywam bardzo nas to rozbawiło. Miał tyle dróg, a akurat postanowił zaatakować biedną Gabrysię. Przerażona uciekła szybko do swojej toalety na górze. (Trzymaj się tam Gabrysia)
To tyle ode mnie
Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytelników
PS Pan od Rybek okazał się być Peterem, więc jednak mój błąd. Może Roman to jego drugie imię…

Dodaj komentarz