Wszystkiego najlepszego z okazji imienin dla Natalki i Julietty🥳
Ten dzień zaczął się dla nas dość nietypowo, bo wyjazd z Kasisi zaplanowany był na godzinę 5:00. Jak zawsze nie obyło się bez opóźnienia, które tym razem wynosiło tylko ok 5 minut. Gdy wsiedliśmy od razu poczuliśmy zapach naszego śniadania na drogę, czyli gotowanych jajek. Drogę zaczęliśmy jutrznią, a następnie część z nas poszła dokończyć swój sen. Reszta mogła w tym czasie podziwiać zambijski wschód słońca. Podczas drogi mieliśmy 2 postoje. Na pierwszym wzięliśmy sobie kawki i herbatki na wynos, co okazało się ciekawym pomysłem, biorąc pod uwagę jakość afrykańskich dróg i ilość progów zwalniających, które pojawiły się akurat jak mieliśmy gorące picia. Mianowałyśmy wtedy Kubę jako naszego ostrzegacza przed progami i fałdami (czyli takimi potrójnymi progami), więc czasami udało się uchronić przed oblaniem.

Na drugim postoju udało nam się spróbować lokalnych samos i czegoś z kurczakiem oraz zjeść jajka które ktoś ugotował. W trakcie drogi pojawiło się też wiele małych kłótni m.in. afera o sałatkę kanapkową. Gdy po pobudce Julietty okazało się, że pod jej nogami znajdowała się czyjaś kanapka, która została rozwalona na mniejsze kawałki. Po wielu debatach kogo to kanapka i trafnych cytatach ,,I po co siejesz ferment”, końcowo wyszło, że była to jej kanapka. Zjadła ją i chyba jej smakowała.

Podczas drogi Zosia założyła salon fryzjerski, z którego skorzystały prawie wszystkie dziewczyny (oprócz Ani, bo sama się uczesała). Opinie po usługach Zosi były różne, toteż jej zakład dostał nazwę ,,Droga przez mękę”. Pomimo nadania takiego tytułu, bardzo dziękujemy za PIĘKNE fryzurki. Wszystkiemu towarzyszył żabi rechot wszystkich AKM-owiczek oraz śpiewy Natalii, których nauczyła się od dzieci z Kasisi ,,Father Johna…”.

Po 10-godzinnej podróży dojechaliśmy do celu. Była nim miejscowość Livingstone, gdzie zatrzymaliśmy się na dwie noce. Po co tu dotarliśmy, dowiecie się jutro. Na razie wracam do dzisiejszego dnia. Po krótkiej przerwie na rozpakowanie się (w tym czasie Ania zdążyła zauważyć w mojej łazience włochatą, czarną kulkę z ogonem skaczącą do prysznica), wylosowaliśmy kto z kim będzie w pokoju, wyszło tak że: ksiądz Jan i Kuba mają oddzielne pokoje, Julka + Julka, Natalia + Ania, a mi została Zosia. Następnie pojechaliśmy na obiadokolację. W menu znaleźliśmy wiele dziwnych dań więc je zamówiliśmy. Po długim jak dla mnie oczekiwaniu na jedzenie (jakieś 1h), dostaliśmy je. Jedliśmy nshime (papkę z białej mąki kukurydzianej), lokalny szpinak, jollof rice (ostre było), frytki (które mi najbardziej smakowały z tego wszystkiego), rybę tilapię zambijską, kurczaka, t-bone oraz robaki, których Zosia zjadła najwięcej. Największym zaciekawieniem cieszyły się żeberka z krokodyla, chyba nikt wcześniej nie jadł tego mięsa.

Po tej typowo zambijskiej uczcie, pojechaliśmy dokupić trochę internetu, bo już nam się kończył. A potem na zakupy na następne 2 dni. Zostałam wysłana ja, Julietta i Kuba. Pomimo dylematu co wziąć do picia i robienia zakupów w dwóch turach, ostatecznie kupiliśmy wszystkie potrzebne rzeczy. Po powrocie do miejsca naszego noclegu, ksiądz Jan i ojciec Tadeusz odprawili Mszę Świętą w salonie (pierwszy raz byłam na takiej).

Po niej zalepialiśmy plastrami dziury w moskitierach, które u niektórych okazały się być całkiem spore. Znaleźliśmy też jaszczurkę, którą Kubie udało złapać i wypuścić. Warte wspomnienia jest też to, że jedne z drzwi w naszym domu są niższe od reszty, więc Kuba który jest z nas najwyższy walnął głową już 2 razy (tyle naliczyłam na razie). Potem posłuchaliśmy jeszcze opowieści ojca Tadeusza o lokalnych zwyczajach. I tak zakończyliśmy ten dzień.
Podsumowując go jednym słowem
PIĘKNIE
PS
Stan na godzine 23:14 – Włochata, czarna kulka z ogonem w naszej łazience, okazała się być myszą. Zosia widziała ją jak wskakuje do odpływu, więc go zakleiła.
PS2
Stan na godzine 00:07 – Mysz (Jerry) przebiła się przez barykadę, więc teraz nie korzystamy z naszej łazienki.
Gabi

Dodaj komentarz