Prawie cały dzisiejszy dzień spędziliśmy w podróży do naszego domku w Kasisi. Wstaliśmy wczesnie na śnadanko, ale niestety nie na tyle wcześnie żeby zdąrzyć na czas, dlatego wyjechaliśmy o 6:15, czyli 15 minut spóźnienia. W trakcie naszej podróży był czas na spanko…

modlitwe, integracje w postaci rozmów tych mniej i bardziej poważnych oraz czasu na postoje. W trakcie pierwszej naszej przerwie zjedliśmy zambijski specjał z kurczakiem lub wołowiną

Po postoju wyruszyliśmy znowu w drogę, w trakcie której podziwialiśmy małe miasteczka tętniące życiem i afrykańskim klimatem.


W trakcie drogi cały czas było mi ciężko przestawić się na to, że tutaj obowiązuje ruch po innej stronie niż u nas i za każdym razem gdy patrzyłam na mijające nas samochody, które i tak już były po drugiej stronie niż powinny to jeszcze nie było w nich kierowców (bo patrzyłam oczywiście na złą strone). Poza tym widzeilśmy wypadek, baobaby (pozdrawaim moją rodzinkę a zwłasza Henia, któremu obiacałam wysłać zdjęcia baobabów)

malowanie pasów na drodze oraz pożar spowodowany wypalaniem buszu, który wywołał u nas dużo strachu i emocji, ale okazało się że jest to tutaj normalne. Następnie był kolejny postój, czyli czas na kawe i słodkie, ale okazało się że nasza droga jednak się przedłuży i lepiej coś zjeść, dlatego zamówiliśmy pizze. W trakcie oczekiwania na pizze zwiedzaliśmy teren należący do restauracji w tym plac zabaw.


Spotkaliśmy tam Ojca Andrzeja, który jest jezuitą i prowadzi radio w Chikuni Mission.


I po raz kolejny wyruszyliśmy w drogę, niestety ten odcinek zajął więcej niż planowaliśmy przez duże korki w Lusace, ale dzięki temu mogliśmy zwiedzić stolice poprzez drogę i widzieliśmy miedzy innymi meczet i wielką kurę.


Bardzo ciekawym zwyczajem jest tutaj, że wszędzie ludzie stali na ulicy i próbowali sprzedać tym którzy byli w autach. Można było u nich kupić przeróżne rzeczy takie jak pomarańcze, banany, pomidory, trzciny, babusy, majtki, piłki, kable do telefonów, felgi do rowerów, węgiel drzewny i wiele innych.

Po drodze podziwilaśmy zachód słońca. Naszym ostanim postojem były zakupy na które udałam się ja, Julka, Gabrysia i Kuba. Do naszego domku wróciliśmy o 19:40. Dzień zakończyliśmy najważniejszym wydarzeniem, czyli Mszą Świętą.
To był bardzo długi dzień, dlatego zaraz po Mszy wszyscy udali się spać by zebrać siłę na kolejny dzień.
Pozdrawiam cieplutko (z zimnej Afryki)
Ania
Ps Wyjeżdząjąc rano otworzyliśmy łazienkę Zosi i Gabrysi, ale Jerry się gdzieś schował, było widać tylko jak wygryzł zaklejony przez Zosię odpływ.

Dodaj komentarz