Witajcie z tej strony Ania, zanim opiszę wam dzisiejszy dzień to chciałabym przekazać bardzo ważna wiadomość a mianowicie to, że dzisiaj są urodziny mojego chłopaka z tego powodu składam ci Adasiu wszystkiego najlepszego!❤️
Dzisiejszy dzień standardowo tak jak w poprzednich dniach zaczęliśmy od Mszy Świętej o 6:30, następnie śniadanie (oczywiście była jajecznica) i praca na polu. Razem z Natalią, Gabi, Bercią i Zosią poszłyśmy na grządki. Nasza szefowa Rut dała nam dużą zieloną mate na której siedziałyśmy i naszym zdaniem było odrywanie od wysuszonych roślin nasiona. Natalia nazwała tą pracę zabawami sensorycznymi. Niestety Zosia nie była z nami za długo, ponieważ dostała za zadanie zbierać liście mlecza (ku naszemu zdziwieniu okazało się że tutaj się je je) a następnie udała się tam gdzie rośnie moringa i tam myła liście mniszka lekarskiego. Udało nam się zebrać nasiona koperku, okry i groszku gołębiego. W trakcie pracy mieliśmy chwilę przerwy, a później odwiedził nas Peter ze swoim kolegami (których ktoś nazwał inżynierami i bardzo przyjęło się u nas to określenie). Czas nam umilały rozmowy z naszą szefową między innymi o tutejszych zwyczajach, roślinach i pogodzie. Dowiedziałyśmy się że już najzimniejszy czas w roku za nami, ponieważ jest on w czerwcu i lipcu a teraz już powoli robi się coraz cieplej. Najcieplej będzie w październiku i wtedy też jest najwięcej owoców np banany, których teraz niestety nigdzie nie możemy znaleźć. Uczyliśmy się z nią również słów w języku njanja np ,,Zina łako diłe dani” to znaczy jak masz na imię (jest to zapis fonetyczny)


W tym czasie ks Dawid i Kuba wycinali płytki na tabliczki do opisywania grządek i wbijali w ziemię wcześniej wycięte paliki do których później przyczepiali tabliczki.


Po pracy na polu czas na chwilę odpoczynku i obiad. Tym razem była carbonara przygotowana przez Gabi i Juliette. To czy było to dobre jest kwestią sporną (mi smakowalo), ale na szczęście (chyba) każdy się najadł, a spalony garnek udało się w końcu umyć. Po posiłku tak jak zawsze byliśmy w domu dziecka. Ja, Gabi i ks Dawid byliśmy u grupy 5 letnich chłopców. Standardowo chłopcy rzucili się na piłki i zaczęła się zabawa. Biegaliśmy, graliśmy w piłkę nożną oraz w inne dziwne zabawy jedną z nich niestety było rzucanie we mnie piaskiem (pomimo moich wielu upomnień, że nie wolno), a na końcu jeden chłopiec oblał mnie i Gabrysie wodą. Pozostała część z nas była u grupy valendo. Po tym wszyscy udaliśmy się do grupy dziewczyn, gdzie również graliśmy piłkę nożną, zbijaka, dysk, skakanke i wiele innych. Wyjątkowo dzisiaj nie było tańców.

Po wizycie u dzieci była krótka przerwa na kawę i herbatę z moringi, która upolowała dla nas dzisiaj Zosia. Tą herbatkę można robić z suszonych całych lub zmielonych liści. My mamy zmielone i wygląda to jak matcha i nawet trochę tak pachnie i smakuje, dlatego nazwałam tą herbatkę afrykańską matchą.

Z kawusią w ręku część z nas podziwiała zachód słońca i rośliny w trakcie spaceru na pobliskie jezioro.


Wróciliśmy na kolację na której poza tym co zawsze Gabrysia zrobiła dla nas afrykański budyń o smaku waniliowym (który smakował jak karmelowy).

Ostatnim punktem dnia były nieszpory, czas na internet i pisanie bloga.

To jest mój ostatni blog i mimo że jeszcze sporo czasu przed nami, to pozwolę sobie na malutkie podsumowanie tego co było do tej pory. Minione dni spędzone na afrykańskiej ziemi były dla mnie bardzo intensywne i jestem ogromnie wdzięczna, że miałam możliwość uczestnictwa w tym doświadczeniu misyjnym. Każda chwila spędzona z dziećmi jest cennym darem i naprawdę ciężko opisać jak bardzo jest to cudowny czas, który pokazuje mi jak cenna jest po prostu obecność i uśmiech, mimo że czasami dobór słów jest ograniczony lub dzielą nas inne bariery to sam fakt bycia obok daje mnóstwo radości. Poraz kolejny doświadczam tego że o wiele więcej otrzymałam od tych dzieci niż ja im dałam.
Pozdrawiam cieplutko z Afryki (mam nadzieje, że jeszcze kiedyś tu wrócę)

Dodaj komentarz