Dobry wieczór, tutaj znowu Julietta. W końcu odzyskałam siły, aby wrócić do pracy, dzięki czemu mogę opisać dzisiejszy dzień. Coś podobnego napisałam tydzień temu, jednak mam nadzieję, że teraz już na serio będzie dobrze. W końcu ile można chorować? Szczególnie będąc na innym kontynencie, gdzie naprawdę jest co robić.
MSZA
O 6.30 standardowo wybraliśmy się na msze. Dziś mamy wspomnienie Edmunda Bojanowskiego, który założył zakon Sióstr Służebniczek oraz przyczynił się do powstania domu dziecka w Kassisi. Dopiero dzisiaj dotarło do mnie, że Edmund pochodzi z Gostynia(dokładniej urodził się w Grabonogu, czyli obok Gostynia) i tutaj chciałabym pozdrowić moje przyjaciółki Gosie i Gabrysie, dzięki którym nie jeden raz mogłam odwiedzić to miasto + kościół na Świętej Górze w Gostyniu, w którym dokonał się cud uzdrowienia.
Ze względu na to wspomnienie msza trwała o połowe dłużej niż zwykle, wystartowaliśmy o 6.35, a wylądowaliśmy o 7.30. Dzisiejsza msze odprawiał Zambijczyk ks.Makasa(mam nadzieje, ze dobrze napisalam jego imię) razem z naszym ks.Dawidem. Było naprawdę wyjątkowo, jedna z sióstr nawet nagrywała całą msze, w dodatku w bardzo nie subtelny sposób, co nie ukrywam trochę nas bawiło(ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Wzruszający był moment kazania, wygłoszonego przez ks.Dawida – w końcu Polak odwołał się do szczególnie ważnego dla Zambijczyków w Kassisi Polakav(szczególnie sióstr Sluzebniczek).
Pieśń na zakończenie mszy również zrobiła na nas ogromne wrażenie, szczególnie, że pojawiło się w niej imię i nazwisko naszego rodaka. W dodatku pięknie i poprawnie wymowione!Zapraszam do odsłuchania poniżej.
(filmik z mszy dodam jutro, ponieważ ma go u siebie Natalia, która aktualnie śpi)
Nie mogę pominąć również spotkania księdza Dawida z siostrą Edith, cytując dzisiaj wstawiony post przez ks. Dawida na instagramie (wiokary):
„Cuda się zdarzają. Siostra Edith w zeszłym roku cudem przeżyła wypadek samochodowy. Jak sama mówi jej przedramię i noga poniżej kolana były „separated”, prawe oko wyszło z oczodołu. Przez tydzień była nieprzytomna, stabilizowana w szpitalu, potem wysłano ją do szpitala w RPA. Tam nie chcieli jej przyjąć, bo w ich opinii była już martwa. Ostatecznie zaczęto ją leczyć. Dzisiaj po roku, prawie nie widać skutków tego wypadku, normalnie funkcjonuje, rozmawia, widzi. Czy to może być potraktowane jako wymagany cud do kanonizacji Bł.Edmunda? Wszak siostry Służebniczki modliły się za jego wstawiennictwem.”

FARMA
Ze względu na dłuższy czas trwania mszy spóźniliśmy się na farmę niestety trochę bardziej niż zwykle. W końcu trzeba było zjeść porządne śniadanie, a w nim m.in. przepyszną jajecznicę z cebulką, przygotowaną przez ks.Dawida. Kuba wraz z księdzem standardowo pracowali nad oznaczaniem grządków, a dokladniej wbijaniem palikow w ziemie oraz łączeniem ich z plastikowymi tabliczkami. Niestety nie znam genezy zdjęcia, które umieściłam poniżej, ale wygląda fajnie, więc uznałam, że się nadaję.

Ania, Gabrysia, Julka i ja segregowałyśmy różnego rodzaju nasiona, w skrócie od fasoli po rzodkiewkę, a nawet wspięge wężowatą(przynajmniej tak powiedział nam google tłumacz).

Oprócz tego muciłyśmy ziarna, co widać na zdjęciu poniżej z Gabrysią w roli głównej.

W między czasie rozmawiałyśmy na różne tematy pół polish pół english. Nasze dialogi brzmiały trochę pokracznie, ale cóż to był za trening + momentami było mega zabawnie. Pod spodem możecie posłuchać złotego komentarza Gabrysi, odnośnie posegregowanych przez nas nasion.
Natalia razem z Panią Judy pracowała przy Morindze. Dokładniej mówiąc zbierała liście mlecza, płukała je wodą i suszyła, prowadząc jednocześnie z Judy żywą konwersacje. Zosia ze względu na gorsze samopoczucie czerpała dzisiaj siły w naszej stacji odpoczynkowej.
Po pracy zjedliśmy na obiad fasolę, połączoną ze smażonymi bakłażanami, zrobiony przez ks.Dawida i Kubę.
ZABAWA Z DZIEĆMI
Po 14 standardowo wybraliśmy się do dzieci. Na start Ania,Natalia,Gabrysia i ks.Dawid poszli do 2-3 letnich Valendosków, a Julka, Kuba i ja do grupy 5 letnich chłopców. W młodszej grupie zabawa trwała w najlepsze, od placu zabaw po maczanie patyków,liści butów w dużej kałuży. Warto również dodać, jak zauważyła Gabrysia, nikt nie wpadł do tej kałuży, także mimo wszystko myślę,że dzieciaki całkiem sprytnie podeszły do tematu.


W naszej grupie 5 latków, jak zwykle było sporo energii, przywitali nas z radością, co było bardzo urocze, chociaż ciężko im było zrozumieć, że zarówno ja jak i Julka mamy tak samo na imię. Z ciekawostek pare razy zamknęli mnie w więzieniu, chcieli bawić się z nami w zabawę, w której zasad niestety do tej pory nie jesteśmy w stanie zrozumieć. Chwile potańczyliśmy i pośpiewaliśmy. Graliśmy również w coś typu limbo, tylko zamiast liny użyliśmy rąk Julki i moich. Oprócz tego Kuba obstawiał zabawę z piłkami oraz berka. W skrócie tak jak do tej pory, było dziko i jednocześnie uroczo.
Później udaliśmy się standardowo do grupy trochę starszych(ale nie najstarszych) dziewczyn.
Kuba jak zwykle prowadził zabawy z piłką, ks.Dawid również należał do teamu piłki lub plastikowych grzybków, co świetnie się łączy bo grzybkami można łapać piłki! Natalia grała z dziewczynkami w karcianke i piłkę nożną, a reszta, czyli Gabrysia,Ania, Julka i ja leciałyśmy z Zumbą. Muszę przyznać, że po tygodniu przerwy wyszłam z wprawy i naprawdę szybko się męczyłam. Generalnie trochę żenada, ale co zrobić. Dziewczynki próbowały nauczyć mnie również ich dzikiego tańca, co nie ukrywam szło mi naprawdę opornie. Na pożegnanie powiedziałam, że może następnym razem pójdzie mi lepiej, także mam czas najprawdopodobniej do niedzieli, bo jutro ze względu wyprawę do Lusaki u nich nie będziemy. Nie będę może więcej spoilerować, w końcu jutro Kuba Wam to opisze. Z fun faktów Natalia nie wiadomo jakim cudem pomyliła przez chwilę ks.Dawida z jedną ze starszych dziewczyn. Uwaga uwaga, co ciekawe praktycznie jedyne co ich dziś łączyło to kolor koszulki, także bardzo nas to bawiło. Ogólnie jak pewnie się domyślacie w ogóle nie są do siebie podobni. Na szczęście w miarę szybko się zorientowała, więc nie zdążyła do żadnego z nich się błędnie zwrócić. Po zabawie wraz z dziećmi wybraliśmy się na wspólną modlitwę do kaplicy.
WIECZÓR
Po powrocie Kuba zrobił nam popcorn, ja przyniosłam żelki i ciastka z walizki, Zosia zrobiła herbatkę, także był mega wypas. Jak to Ania powiedziała normalnie jak w dzień dziecka. Niestety po drodze wydarzył się mały wypadek, w postaci zbitej pokrywki na patelnie, także niestety nie obyło się bez strat. Cytując Gabrysie „To wszystko wina popcornu”.
Jedliśmy również kiwano, które miało być przepyszne, a okazało się bardzo gorzkie. Bardzo możliwe, że zerwaliśmy po prostu jeszcze nie dojrzałe owoce. Całkiem zabawna sprawa, bo po kolei nabieraliśmy się wzajemnie, że to mega dobre i następne osoby, które sukcesywnie przychodziły do kuchni muszą tego spróbować.

I tak właśnie minął nam dzień, aktualnie razem z Gabrysią korzystamy z uprzejmości Ojców, a co za tym idzie siedzimy sobie w pokoiku z WiFi, dzięki czemu pojawił się dzisiejszy blog.
PS Jako, że to mój ostatni blog przede wszystkim dziękuję czytelnikom, którzy śledzą nasze poczynania. To bardzo miłe i motywujące! Inspirując się wczorajszym wpisem Ani, krótko podsumowując ten wyjazd(mimo, że jeszcze się nie skończył) to jest naprawdę wyjątkowe przeżycie, które z pewnością zostanie ze mną i będzie pracować we mnie jeszcze długo po powrocie. Dużo lekcji, nowe perspektywy patrzenia na rzeczywistość, a przede wszystkim wdzięczność. Zgadzam się z tym, co napisała wczoraj Ania myślę, że zdecydowanie więcej tu otrzymałam niż dałam. Szkoda mi czasu, który przeleżałam w łóżku, podczas choroby. Chociaż kto wie może ta choroba to też wbrew pozorom szczególnie cenna dla mnie lekcja?
Pozdrawiam wszystkich serdecznie!
Julietta(Julia L)

Dodaj komentarz