Ten niedzielny dzień od początku zapowiadał się być ciekawym przeżyciem. Byliśmy umówieni z ojcem Jakubem na godz. 8:30 na wyjazd do stacji misyjnej w kościele pw. św. Dominika. Stawiliśmy się o 8:31 i z dumą ktoś z nas powiedział, że jesteśmy „przed czasem”, reszta szybko sprowadziła naszą chwilową dumę na ziemię uświadamiając nas, że owszem możę jesteśmy przed ojcem, ale czasowo i tak jesteśmy delikatnie opóźnieni. ;D A Gabrysia oraz Bercia (zwana Julią Berą), które miały dziś dyżur gotowania, były odpowiedzialne za brytwanny z kurczakiem, które zabraliśmy na wspólny stół.

Wiedzieliśmy, że przejażdżka wiąże się z jazdą na pace. Niektórych z nas cieszyło to bardziej, a innych mniej. Mnie osobiście BARDZO to ekscytuje. Jazda na pace była na liście moich małych marzeń (zaraz obok jazdy „tuk-tukiem” – może kiedyś to też się spełni). Ks. Dawid siedział z przodu obok kierowcy, czyli o. Józefa, a my, czyli siódemka białasów, siedzieliśmy na pace. Mogłoby się wydawać, że to sporo ludzi, ale miejsca było jeszcze wystarczająco dużo, aby jechali z nami dwaj ministranci oraz pani o imieniu Files (nazywana przez nas szaloną katechetką).

Gdy siedzieliśmy już na pace i byliśmy wszyscy gotowi, ojciec Józef powiedział „Od teraz wyłączamy zegarki, nie liczy się czas”. To zdanie sprawiło, że już czułam, że to będzie dobry i bardzo afrykański klimat. I nie myliłam się, jak tylko dojechaliśmy to okazało się, że najpierw będzie czas spowiedzi, a Msza na pewno kiedyś się zacznie. W tym czasie mogliśmy już od pierwszych chwil poczuć klimat afrykańskiej wioski, rozpalone ognisko i kobiety działające przy jedzeniu, które będzie wspólnie spożywanie po Mszy Świętej, dookoła biegające dzieci, entuzjastycznie witający się ze sobą ludzie, przejęci sprawą liderzy parafialni. Msza Święta w takim miejscu jest wydarzeniem, do którego ludzie podchodzą z dużym zaangażowaniem, a także ekscytacją. Na stacje misyjne znajdujące się na uboczach zambijskich miast, Ksiądz przyjeżdża „jedynie” raz na miesiąc. Celowo umieściłam to słowo w cudzysłowie, ponieważ są stacje misyjne, do których ksiądz przyjeżdza znacznie rzadziej, raz na pół roku. Aby tam dotrzeć musi wyjechać o godz. 3 w nocy, a wraca późnym wieczorem. W Zambii problmeatyczną kwestią jest liczba księży. Powołań jest dużo, znaczniej więcej niż aktualnie w Polsce, ale zambijscy klerycy po kilku latach w seminarium często są zmuszeni do rezygnacji z powodów rodzinnych wiążących się z biedą. Mają oni świadomość tego, że ich opuszczenie gniazda rodzinnego jest czymś obciążającym dla rodziny. Bliscy nie mają jego wsparcia materialnego. A tutaj każda para rąk do pracy w rodzinie jest bezcenna. Dlatego nadal mimo tych licznych powołań kapłańskich, to znacznie więcej jest zagranicznych, przyjezdnych misjonarzy niż lokalnych księży.


Niektórzy z parafian podchodzili i nas zagadywali. W trakcie rozmowy z Files (szaloną katechetką) oraz młodym mężczyzną (który później okazał się być dyrygentem lokalnego chóru) postanowili nauczyć nas jak się mówi w języku nyanja „najlepszy przyjaciel”, które brzmi: „łuzanga łablino”. Dyrygent podbiegł do Kuby i powiedział, że od teraz będą „łuzanga łablino” i serdecznie uścisnął mu dłoń na kilka sposobów. W pewnym momencie zaczęłam rozmawiać z pewną kobietą, która pochodziła z Zimbabwe, natomiast od kilkunastu lat zamieszkuje Zambię. Rozmawiałyśmy o językach w Zambii. Jest ich tutaj aż ponad 70! Siedem z nich jest głównymi i najpowszechniejszymi językami i tworzą rodziny językowe, od każdego z nich jest około 10 języków, które są do siebie całkiem podobne. Natomiast tych siedem głównych bardzo mocne się od siebie różni. Najpopularniejsze są: nyanja, bemba oraz tonga. Wielu Zambijczyków potrafi rozmawiać w kilku językach. Inna kobieta wspominała mi, że jak spotyka się z rodziną przy świątecznym stole to rozmawiają mieszając kilka z nich. Ku naszemu szczęściu ich urzędowym językiem jest całkiem dobrze nam znany angielski. Dzięki temu z dużą liczbą Zambijczyków możemy prowadziś liczne konwersacje.

Jeszcze inna kobieta (tak, tych interakcji przed Mszą było całkiem dużo) zapytała, czy kiedyś gotowałam nshimę. Odpowiedziałam, że nigdy, ale pochwaliłam się, że już kilka razy ją jadłam. Pani od razu zapewniła mnie, że dziś będę mieć okazję, aby ugotować nshimę dla kilkudziesięciu osób. Oczywiście z uśmiechem odpowiedziałam, że to świetnie i że jestem chętna, więc spytałam, gdzie mam iść. Ona zaczęła się śmiać i powiedziała, że nie teraz. Więc przyjęłam to jako koniec tematu i to, że dziś również będę musiała zadowolić się jedynie jej jedzeniem. Sprawy potoczyły się jeszcze inaczej, ale do tego wrócę później…
Przed Mszą rozmawiałam też z mężczyzną o imieniu Patric. Bardzo fascynują mnie rozmowy z ludźmi. A z tymi, którzy mają tak obce nam doświadczenia życiowe, w szczególności. Opowiadał mi o tym, że trzy lata temu zmarła jego żona, że ma czworo dzieci, których musi jakoś utrzymywać. Dwoje z nich, aktualnie studiuje, a on jako ich ojciec zapewnia im to. Jednocześnie mimo jego codziennej pracy nie ma możliwości zakupienia do swojego domu szyb do okien. To pokazuje trudy tego kontynentu, które dla nas są niewyobrażalne. Mogłoby się wydawać, że to nie jest aż takie uniedogodnienie, ponieważ przecież w Afryce jest ciepło. Nic bardziej mylnego! Od czerwca do lipca trwa “cold season”. Jest wtedy naprawdę zimno – w dzień do 25 stopni, a w nocy temperatura spada nawet do ok. 5 stopni Celsujasza. A od grudnia do kwietnia trwa pora deszczowa, gdy często całymi nocami i dniami są silne opady deszczu. W takich warunkach brak szyb w oknach nie dość, że jest trudem, to przede wszystkim niebezpieczeństwem. Mój rozmówca podsumował ten wątek słowami, że modli się i w dzień i w nocy o Błogosławieństwo dla jego rodziny oraz, aby udało mu się dorobić tych szyb w oknach. Mówił, że daje mu to prawdziwą nadzieję. Nie wiem ile czasu rozmawialiśmy, bo zgodnie z poleceniem o. Józefa na początku naszego wyjazdu – nie patrzyłam na zegarek! Ale było to na tyle długo, że moi towarzysze zdążyli już wejść do kościoła, a Kuba w pewnym momencie po mnie wyjść. Byłam spokojna, że zdążę, bo przecież rozmawiałam z liderem parafialnym, który jak mało kto zdawał sobie sprawę ile czasu pozostało do Mszy (która w naszym odczuciu zupełnie nie było wiadomo, kiedy się rozpocznie).
I stało się! Msza się zaczęła! Po prawej stronie kościoła siedziały kobiety z chóru, z przodu osoby, które miały przyjmować sakrament Chrztu oraz Pierwszej Komunii Świętej, na środku my i wszyscy wierni, a po lewej stronie dzieci. A tak naprawdę… czuliśmy, że wszędzie siedzą wszyscy, a niewielkiej powierzchni kościół jest wypełniony po brzegi i to nie tylko ludźmi, a przede wszystkim radością i entuzjazmem Zambijczyków.
Zostało ochrzczonych sześć osób. A gdzie Chrzest tam nadzieja! Po Komunii każdy wierny mógł podejść i pogratulować tym, którzy przyjęli dziś ten sakrament. Oczywiście też się zaangażowaliśmy w ten sympatyczny zwyczaj.
Kazanie nie było oczywistym elementem Mszy, ponieważ pani Fales (szalona katechetka) była niezbędną uczestniczką homilii. Jej funkcją było tłumaczenie kazania z języka angielskiego na lokalny język nyanja. Myślę, że wszyscy jesteśmy zgodni, że jako tłumacz z dużym zaangażowaniem przekazywała wiernym słowa o. Józefa.
Procesja darów jak na kontynent afrykański przystało – była rozbudowana 😉 Do ołtarza zostały zaniesione jajka, soki, a nawet żywa kura!
Nadszedł czas ogłoszeń, które w moim kilkukrotnym doświadczeniu afrykańskich niedzielnych Mszy Świętych wiem, że są naprawdę długie. Tak też było tym razem. Ponownie “szalona katechetka” odgrywała kluczową rolę. To ona prowadziła ogłoszenia, które trwały ponad 30 minut. Natomiast nie byłam obecna na tym przemówieniu, ponieważ początkowo wspominana przeze mnie kobieta pochodząca z Zimbabwe podeszła do ławki, w której siedziałam i po cichu powiedziała, że jeśli chce nauczyć się gotować nshime to zaprasza mnie teraz na zewnątrz. Moim pierwszym odruchem była chęć odpowiedzenia, że przyjdę po skończonej Mszy. Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek ktoś w trakcie ogłoszeń parafialnych podejdzie do mnie i zaproponuje mi gotowanie czegokolwiek, a tym bardziej zambijskiej nhimy! Spytałam Gabrysię, czy chce uczestniczyć w tym niecodziennym przerywniku Mszy i parę sekund później wspólnie wyszłyśmy na dwór. Tam już czekały na nas kobiety, które tańczyły dookoła dużego garnka gotującej się nhimy. Dołączyłyśmy do nich i wraz z Gabrysią i dzielnie spróbowałyśmy swoich sił. Nie było to łatwe, ponieważ garnek był wypełniony po brzegi, a zbyt energiczne i niedokładne mieszanie mogłoby sprawić, że jedzenie mógłby się zacząć wylewać. Dodatkowo małe krople GORĄCEJ gotującej się nhimy pryskały na zewnątrz. Jedna z takich kropli wylądowała na mojej dłoni. Niewzruszona dalej mieszałam ignorując ten fakt (nie ukrywam, że lekko palącej mnie ręki). Wróciłyśmy z Gabi do kościoła, ale poczułam, że dobrze byłoby chociaż trochę schłodzić skórę mojej dłoni, więc ponownie wyszłam na zewnątrz i włożyłam rękę do żółtego wiadra z wodą, które kazało się, że służyło do mycia rąk po skorzystaniu z toalety…

Na koniec Mszy wyszliśmy na środek, przedstawiliśmy się i powiedzieliśmy kilka słów o sobie. Ludzie mieli duży ubaw z naszych wypowiedzi, ale nie wiemy dokładnie co takiego tak ich tak mocno rozbawiało. Kto wie co tłumaczyła im szalona katechetka Fales? Na pewno nie my. Był czas na wspólne zdjęcia, rozmowy i pozdrowienia. A także nastąpił czas na zjedzenie wspólnego obiadu. Jedynie za pomocą naszych dłoni zjedliśmy makaron, kurczaka oraz nshime, która wszystkim smakowała (czujemy z Gabrysią, że z pewnością była to nasza zasługa :D)

Wracaliśmy z wcześniej wspomnianym przeze mnie kurczakiem, który został zaniesiony w procesji darów. Kuba dzielnie go pilnował w trakcie drogi, aby zwierzę nie zbliżało się do nas. Ja natomiast kontynuowałam rozmowy z panią Fales, tym razem m.in. o jej dzieciach, a także o najczęstszej liczbie dzieci w zambijskich rodzinach. Według mojej rozmówczyni typową liczbą w zambijskiej rodzinie jest 4-5 dzieci.
Po powrocie do Kasisi, ok. godz. 15 przyszliśmy do dzieci. Ania, Gabi, Julietta oraz Kuba poszli do 5-letnich chłopców z Edmund’s house, a Zosia, Bercia oraz ja do dziewczyn z Martin’s house. Tradycyjnie było dużo wspólnych tańców. Ja za każdym razem, gdy byłam w grupie tańczącej to podbiegała do mnie Lucy szeptając „Natalia play footbal?”. Wiem, że będę mocno tęsknić za tym pytaniem, które w przeciągu tego miesiąca usłyszałam już na pewno co najmniej 20 razy. Dziewczynki pytały mnie o moje spodnie, czy to jedyne, jakie mam. Zazwyczaj przychoodzę do nich w tych samych, krótkich czarnych spodniach. Wybiła godz. 17, która w domu dziecka Kasisi oznacza czas wieczornej modlitwy w kaplicy. Poniżej załączam plik dźwiękowym, w którym słychać wieczorną modlitwę, prostą, a jakże szczerą i prawdziwą, kltóra była dla mnie pięlknym świadectwem wiary tych ludzi. Czynnie uczestniczyły w tym wszystkie dzieci, pracownicy oraz siostry.
Po modlitwie wróciliśmy do domu, zjedliśmy kolację oraz odmówiliśmy nieszpory. Przyznaję, że nie starczyło mi sił na napisanie bloga w określonym terminie. Zależało mi, aby opisać w szczegółowy sposób wszystko czym bardzo chciałam się podzielić z drogimi czytelnikami. Dziękuję każdemu kto dotarł do tego momentu.
Nie był to dla mnie łatwy miesiąc, postawił on w mojej głowie trudne pytania dotyczące dalszego działania w wolontariacie misyjnym. Starałam się maksymalnie wykorzystywać czas, który otrzymałam w tym niezwykle ciekawym kontynencie, który jest pełen niespodzianek i lekcji, które nie spodziewałam się, że będzie mi kiedykowlek odbyć. Czas z dziećmi z sierocińca uwrażliwił mnie jeszcze bardziej na to, że KAŻDY człowiek, ktorego spotykam ma swoją hsitorię doświadczeń i wewnętrzne niewidoczne bitwy, o których nic nie wiem. Pięknym jest możliwość obserwowania dobra, które niesie w swojej codzienności tylu ludzi.

Wiem, że zabrzmi to bardzo klasycznie, ale… mam w sobie bardzo dużo wdzięczności za przywilej spędzenia miesiąca w Zambii, tak odległym miejscu na ziemi, w którym jeszcze nie tak dawno temu nie spodziewałam się, że będzie dane mi być. Popwtórzę swoje zeszłoroczne słowa kończącego mój ostatni wspis na bloga: „Afryko, mam nadzieję, że do zobaczenia!”
Pozdrawiam
Natalia

Dodaj komentarz